piątek, 21 czerwca 2013

Tylko smutkom jest wesoło.

Bajka
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
Ściąganie, pobieranie udostępnianie zdjęć i treści – możliwe jest tylko za moją/autora/ pisemną zgodą.
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
˜˜*°°*˜˜
Niestety wyniki badań nie są dobre, ale co to, kogo poza mną może obchodzić. 
Byłam z wynikami u mojej kuzynki Danusi, która co prawda jest laryngologiem, ale ma pojęcie o tych wynikach. Nie poszłam z moimi wynikami, tylko zabrałam braciszka z jego wynikami, bo mi się nie podobały.
Okazuje się, że braciszek jest poważnie chory a diagnozy nie ma.
Jego badania wykazały wodę w płucach, wodę w lewej komorze serca, jakiś guzek w tarczycy i czort wie, co jeszcze. Danusia była przybita jak oglądała te jego badania. 
Dobrze jednak, że go zabrałam, bo w szpitalu go wypisali dali wyniki i kazali zgłosić się do lekarza 1 kontaktu.
˜*°°*˜˜
Do tego bardzo mnie zasmuciło, bo wczoraj w czasie tego upału, ktoś połamał mi wszystkie ostróżki, które z takim pietyzmem pielęgnowałam i które właśnie lada chwila miały zakwitnąć. Wygląda na to jakby mój ex zrzucił w kwiaty coś z tarasu, może łopatę od odganiania śniegu nie chciało mu się znieść, więc ciepnął w kwiaty. 
Serce mnie od wczoraj boli, bo jak zobaczyłam wszystkie takie połamane, myślałam, że umrę. 
Jak można zniszczyć tak bezmyślnie kwiaty. Ja płacę ciężkie pieniądze, by jakoś w tym ogrodzie było a taki truteń zniszczy wszystko. 
Jeszcze go wczoraj truskawkami poczęstowałam. 
Wcześniej wnuczka, tej jego damy jak tu przychodziła – /na szczęście przestała/ schodziła do ogrodu i zrywała najpiękniejsze kwiaty, często pojedyncze egzemplarze, dopiero, co kupione – myślałam, że szlag mnie trafi, ale co miałam zrobić raz się popłakałam, bo nie dość, że zerwała kwiatka, to kilka metrów dalej rzuciła go w trawę. Za każdym razem po takim zdarzeniu, obiecuję sobie, że już ani złotówki nie wydam na ogród, ale później zobaczę coś i serce mi mięknie. Chyba jednak nie warto – tak sobie gadam jakbym nie wiedziała, przez 30 lat powtarzałam tę samą śpiewkę „nie warto!” i niczego się nie nauczyłam. Mam złe wyniki badań – ten ogród trzyma mnie przy życiu. Każdy nowy kwiatek, który zakwitnie cieszy mnie niesamowicie. W ubiegłym roku posiałam mnóstwo kwiatów, przyjęły się pojedyncze egzemplarze, jak zakwitnie jak wczoraj, gdy odkryłam 2 nowe, których wcześniej nie było w ogrodzie serce się raduje. Jednak, gdy zobaczę prawie 30 kwiatów połamanych chce mi się płakać. 
Nawet za bardzo nie mogę się pocieszyć lodami, przez te wyniki. Smutno mi ogromnie. Ścisła dieta i umartwianie mi zostało.
Komary mnie pogryzły, ale cukier spadł mi do 113 pierwszy raz od tygodnia/zawsze był dużo wyższy/. Spociłam się w ogrodzie jak mysz, bo przyłapałam na gorącym uczynku świerszcza, który zżerał pręciki mojej białej pachnącej róży.
Mnie od jej zapachu się w głowie kręciło, więc wyobrażam sobie jak on się upił. Zrobiłam filmik, ale jak będzie ok wstawię go w następnym poście.
Nie mam pojęcia jak wyszedł, bo komary tak mnie chlały ja je zabijałam i filmowałam i mam teraz pełno bąbli.
Mam jakieś chyba uczulenie na ich jad. 

wtorek, 18 czerwca 2013

Uzależnieni od tradycji.

 Bajka
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
Ściąganie, pobieranie udostępnianie zdjęć i treści – możliwe jest tylko za moją/autora/ pisemną zgodą.
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
˜˜*°°*˜˜
Jeszcze słów kilka o kulturze narodu, zwyczajach i o rezygnacji z tradycji, które, upokarzały, czy krzywdziły ludzi.
Słynna w Polsce była jeszcze za mojej wczesnej młodości tzw. Czarna polewka.
Pisał o niej Mickiewicz w Panu Tadeuszu, ale to nie była tylko wymyślona historia, lecz była to tradycja - staropolski zwyczaj.
Samo robienie tej polewki było wysoce niehumanitarne dla kaczki, która umierała w mękach z podciętym gardłem wisząc głową w dół, aby krew spływała, ale również dla ludzi, którzy uczestniczyli w tej rytualnej śmierci, czasami były to też dzieci.
Czarna polewka to zupa z krwi zwierzęcej, zwana także „czerniną”. Dawniej funkcjonował zwrot „dostać (albo podać) komuś czarną polewkę” w znaczeniu: spotkać się z odmową w konkurach (albo odrzucić konkurenta; dostać (albo dać) kosza przez poczęstunek czarną polewką.
Do sfery zwyczajów należało również podanie czarnej polewki mężczyźnie, któremu ojciec odmawiał prawa do starania się o rękę córki. Taką polewkę [była to powszechnie dziś znana czernica, rosół zabarwiony krwią kaczki] dostał od Stolnika Jacek Soplica. Bowiem w zwyczaju było wówczas aranżowanie małżeństwa zgodnego z wolą rodziców.
Tradycja w utworze to świadectwo swoistego dorobku kulturowego i jedności stanu szlacheckiego.
Podobnie jak obyczaje, tradycja sięgała korzeniami przeszłości i pojawiała się, jako element składowy życia i jego dopełnienie od wielu lat.
Powiem teraz tak, by ludzie innych kultur zrozumieli - dziś nikt już czarnej polewki nie stosuje, jako odmowę dla narzeczonego proszącego o rękę i jeśli jeszcze zabija się zwierzęta w sposób rytualny jak tę kaczkę na czerninę, to tłumaczy się to w ten sposób, że jest to śmierć lepsza niż prądem czy w inny sposób wykonywana w specjalnie do tego przygotowanych pomieszczeniach i bez udziału obserwatorów.
Matko droga, żadna śmierć nie jest dobra i złe zwyczaje powinno się piętnować i dążyć do tego, by je wypleniać z kultury nawet, jeśli to miałoby wpłynąć na utratę tożsamości narodowej
Przecież dzisiaj nie stosujemy już pogańskich obrzędów.
Jemy mięso a mięso związane jest nieodłącznie ze śmiercią. Byłoby super, gdyby mięso do posiłków pozyskiwało się np. z klonowania i nie trzeba, by uśmiercać żywych istot.
Gorzej byłoby z roślinami, bo ograniczenie produkcji roślinnej mogłoby zachwiać ekosystem. Równowagę w przyrodzie.
Gdzieś czytałam, że np. Indie, w których dziś panuje bieda predestynują do 3 mocarstwa świata, pod względem ekonomicznym, wypierając w przyszłości oczywiście, nawet Japonię.
Jak zatem to możliwe, że wiele dzieci tam nie chodzi do szkół, że jest bród i smród na ulicach.
Ponoć sprzątanie jest niegodne człowieka. Nie jestem jakimś wyjątkowym czyścioszkiem, ale, mimo, że skończyłam studia i to nie jeden fakultet, zdarza mi się szorować muszlę klozetową we własnym domu i z tego powodu nie czuję się upodlona, niegodna innych ludzi czy gorsza.
Uważam, że zachowanie czystości wokół siebie, świadczy o kulturze lub jej braku. Nie lubię sprzątać, wynika, to ze swojego rodzaju lenistwa, ale uważam, że gdyby ludzie wyrzucali śmieci na ulicę bezkarnie jak w Indiach rozprzestrzeniałyby się choroby wynikające z brudu.
Czemu zatem ludzie nic z tym nie robią i godzą się żyć jak zwierzęta?
Czemu pielęgnują zwyczaje kastowe i chłopak, nie uzyskuje aprobaty rodziców, by poślubić dziewczynę, którą kocha, bo jest za biedna?
Czemu ludzie godzą się na stagnację w 21 wieku tylko po to by zachować głupie zwyczaje. Czemu nie dążą do osiągania piękna nie tylko tego zewnętrznego, ale i tego wewnętrznego. Nie można być pięknym wewnętrznie, gdy człowiek wychowuje się na śmieciach i się z tym godzi.
Wiem nie zmienię świata, ale jeśli otworzę, choć jedno czyjeś oko na otoczenie, w którym żyje i spowoduję, że zastanowi się czy można jakoś to zmienić to będzie cud.
Pamiętam jak za tzw. komuny w Polsce organizowano czyny społeczne – spotkałam się z tym też w Kijowie. Polegało to na tym, że ludzie zbierali się nieomal obowiązkowo na zbiórki i sprzątali skwerki, sadzili drzewa, sprzątali śmieci. Podobne akcje do dziś organizuje się na turystycznych szlakach w górach do dziś obchodzimy Dzień Ziemi i sprzątamy nasze otoczenie tam, gdzie służby miejskie nie posprzątały.
Pamiętam jak byłam, jako opiekun ze studentami na tzw. Hufcu pracy w Niemczech wtedy jeszcze demokratycznych. Młodzi chłopcy ciężko pracowali przy zalewaniu stropu jakiejś fabryki. Podawano im tam podłe jedzenie. Ja miałam tzw. dietę i mogłam jeść w restauracji. Powiedzieli mi jak ich karmią pojechałam tam i na obiad był makaron świderki pokraszony kostką masła na wielki gar i posypany makiem. Zrobiłam tam piekło ściągnęłam do stołówki zakładowej dyrektora firmy i cały aparat Partyjny. Kazałam im usiąść przy stolikach i jeść ten obiad Zrobiłam zdjęcia tych posiłków i oficjeli. Powiedziałam, że w Polsce świnie się lepiej karmi. Wiecie, jaki był efekt od tego dnia młodzież miała nie tylko super obiady, ale jeszcze dostawała codziennie tabliczkę czekolady z orzechami, co w Polsce wówczas było towarem deficytowym. Dyrektor prosił bym tych zdjęć nigdzie nie publikowała.
Jak się tylko chce można zmienić zatwardziałe serca i wredne zwyczaje.
Byłam w ogrodzie zobaczyć jak trawa rośnie, miałam podlać, ale okazało się, że deszcz przeleciał i wszystko dokładnie podlał, zebrałam garnuszek truskawek i 3 poziomki – będzie na wieczorny deser. Jadę dzisiaj po swoje wyniki i do braciszka sprawdzić, co tam z nim jest. Dzwonił do mnie, ale telefonicznie trudno się połapać, co mu dolega.
Martwię się o moich braci, obaj są przyrodni/mieli innego ojca/, ale bardzo obu kocham, są sporo młodsi ode mnie a obaj poważnie już chorzy. Widać ja bardziej o siebie dbam. Wrzucę w tekst trochę kwiatków. Przepięknie kwitnie biały klematis, wspiął się na malinówkę i kwiaty są na wysokości trzech metrów radując oko moje i sąsiadów, drugi niższy na łukach się pnie pod oknem. Jest jeszcze 3/myślałam, że się nie przyjął/, ale widzę trzy gałązki, – co prawda musi przebić się przez bluszcze i róże ma miniaturowe listki, ale wierzę, że jak zakwitnie, kwiaty też będą super. 

niedziela, 16 czerwca 2013

I nie mów mi, że nie mam serca!!!

Bajka
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
Ściąganie, pobieranie udostępnianie zdjęć i treści – możliwe jest tylko za moją/autora/ pisemną zgodą.
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
˜˜*°°*˜˜
Mój profesor od psychologii kiedyś na wykładzie zapytał; Czym się różni człowiek kulturalny od człowieka inteligentnego?
Padały różne odpowiedzi w końcu profesor powiedział;
Kulturalny, jak Cię potrąci w tramwaju – to Cię przeprosi.
Inteligentnemu nie zdarza się nigdy nikogo potrącić.
To jest ta różnica.
Kultura to coś, czego nauczyli nas inni, lub czego sami się nauczyliśmy. Niestety kultura nawet wielowiekowa różnych narodów, nie jest panaceum na cokolwiek.
Kultura wynikająca z tradycji pozwala nam zidentyfikować się wśród innych narodów, wśród innych kast, innych grup społecznych.
Nawet przestępcy mają swoje kodeksy i można mówić o ich kulturze, – bo czym jest slang więzienny jak nie sposobem komunikowania się w tym środowisku, bez narażania się na śmieszność.
Sama kultura jakakolwiek by nie była też podlega pewnym kanonom w określonych grupach.
Jednak zastanówmy się nad tym dogłębniej.
Czy człowiek kulturalny/jakakolwiek, by ta jego kultura była/ powinien się rozwijać?
Jak jestem kulturalny – to na cholerę mi uczyć się jeszcze czegokolwiek?
No właśnie można być mniej kulturalnym czy bardziej kulturalnym?
Sorry, sorry czy biedak żyjący w slumsach czy pod mostem, na dworcu może być kulturalny?
Czy ludzie żyjący w takich krajach jak Haiti, Gwinea Równikowa, Zimbabwe czy Demokratyczna Republika Konga/uznane za najbiedniejsze na świecie/, mogą być kulturalni?
Kultura to tradycja i wrażliwość i kreatywność a może kreatywność to już inteligencja?
Dlaczego inteligentny człowiek nigdy nie potrąci drugiego, bo przewiduje różne sytuacje i potrafi unikać pomyłek czy kolizji.
Inteligencja, zatem można powiedzieć jest jakby wyższym szczeblem kultury.
Tyle musiałam napisać, żeby dojść do sedna.
Może wcześniej pokażę zwykłą kanapkę, jaką czasem jem na kolację.
Zobaczyłam na Fejsie jak mówią małolaty zdjęcie potrawy, która przypominała kupę mojego psa, jak ma roztrój w średnio gustownej miseczce.
Przepraszam raz jeszcze, ale, moje poczucie estetyki nie pozwala mi obojętnie przejść obok takiej fotografii, pomijam już sprawę odczuć związanych ze świadomością, że miałabym to zjeść.
Ja rozumiem tradycje, biedę w kraju, w którym tak się je - jednak wierzcie mi nigdy w życiu, nawet jakbym mieszkała na ulicy, czy w jaskini, nie podałabym nikomu w ten sposób posiłku.
W ogrodach jest mnóstwo jadalnych liści i nawet kupę psią można podać w bardziej dekoracyjny sposób.
A nie tak - by posiłek wyglądał jak odchody pawiana.
Ok, aby całkiem nie obrzydzić Wam życia pokażę lody, które jadłam z moim psem dzisiaj wieczorem a nie był to posiłek dla przyjaciół jak tamten na Fejsie.
Wkurza mnie szczególnie to, że młodzi ludzie nie przywiązują wagi do tego, co i jak jedzą.
Świadczy to nie tylko o ich totalnym braku jakiejkolwiek kultury i wrażliwości, ale i o ich obojętności na otaczający ich świat, o brak szacunku, dla roślin i zwierząt, które zostały na posiłek poświęcone. 
Fasolkę tak samo boli jak świnkę, gdy się ją pozbawia życia.
Skoro jednak decydujemy się na to by dla własnego dalszego rozwoju i zdrowia spożywać te produkty, pozbawiając je życia - OKAŻMY do cholery im przynajmniej szacunek, bo przecież zasługują na to.
Zwykła fasolka, też chce jakoś wyglądać po śmierci i kalafiorek też – to się im należy choćby za to, że nas odżywiają.
Jeśli je podamy w taki sposób jakby już były strawione, to ten, który kosztuje nie jest w stanie odróżnić nawet, co je.
Nie zastanowi się, dzięki czemu będzie zdrowy, albo niekoniecznie.
Gdybym przyszła do Ciebie i Ty postawiłbyś mi miskę z czymś, co przypomina zwyczajnie kupę, lub słabo strawioną treść żołądka – to wybacz, ale uznałabym, że/po prostu powiem dosadnie, żeby było jasne/ masz mnie w dupie.
No cóż, bieda i inne zwyczaje - cholera niemożliwe, żeby w jakimkolwiek kraju takie przyjęcie było wyrazem szacunku dla drugiego człowieka.
Ja wiem, że jak napisał Cejrowski o wódkach produkowanych przy pomocy enzymów śliny; 
„Jednym z takich trunków jest chicha. Proces jej produkcji rozpoczynają kobiety, żując rozgotowane korzenie manioku (dalekiego krewnego naszego ziemniaka). Następnie wypluwają to, co przeżuły do dzieży i tam dzięki enzymom znajdującym się w ślinie inicjowany jest proces fermentacji. Już drugiego dnia wieczorem gęsta mieszanka nadaje się do picia. Napełniona chichą miseczka zrobiona z tykwy, podawana jest kolejno do poszczególnych osób. 
Krąży z ust do ust - podobnie jak fajka pokoju. Chicha zawiera niewielką ilość alkoholu -
ok. 6%, ale w klimacie dżungli to w zupełności wystarcza”.
Jasne delektując się takim trunkiem człowiek, może zjeść wszystko jak straci orientację – tylko czy o to w życiu chodzi.?
Mówimy o sobie homo sapiens – człowiek rozumny.
ROZUMNY – znaczy posiada możliwość myślenia i jeśli coś z tradycji narodu jest uwłaczające nie tylko temu narodowi, ale i każdemu indywidualnemu człowiekowi, – jeśli to coś wzbudza wstręt fizyczny czy psychiczny, czy naraża KULTURĘ przez duże K na śmieszność, czy pogardę – powinno coś się z tym zrobić. 
Bo kultura to nie tylko umiejętność ładnego wysławiania się, znajomość wybitnych dzieł sztuki, obcych języków, ale i estetyka wokół nas wrażliwość na piękno. Nie mów mi o wielkim sercu jak nie potrafisz odróżnić ohydy, brzydoty, od piękna. 
Mogę nie móc od razu upiększyć świata, ale powinnam wiedzieć przynajmniej, co wymaga upiększenia.   


sobota, 15 czerwca 2013

Przy grillu o czarnym koniu marzenie z dwoma psami w tle.

Bajka
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
Ściąganie, pobieranie udostępnianie zdjęć i treści – możliwe jest tylko za moją/autora/ pisemną zgodą.
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
˜˜*°°*˜˜
Mam prośbę do wszystkich, którzy czytają mojego bloga. BARDZO WAS PROSZĘ NAPISZCIE JEDNO ZDANIE WE WŁASNYM JĘZYKU – JA SOBIE PRZETŁUMACZĘ. Nie chodzi mi o jakieś dogłębne wypowiedzi, ale chciałabym abyście napisali, CO WAS ZAINTERESOWAŁO W TYM BLOGU a może, co jest tak wkurzające, że właśnie, dlatego tu wchodzicie.
Szczególnie interesują mnie osoby z krajów takich jak Japonia, Wietnam, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahamy, Chile, Brazylia oczywiście Będzie mi miło, jeśli napiszą ludzie z Rosji, Ukrainy, którą szczególnie lubię, bo spędziłam tam miesiąc w Kijowie zwiedzając okolice i poznając historię i niewątpliwą kulturę narodu. No o Ameryce, czy Włochach nie mówię, bo domyślam się, kto tu z tych krajów zagląda. Również Ci z Francji, Austrii i innych krajów. Będzie mi bardzo miło i odpiszę Wam.
Potrzebuję nie tylko motywacji do dalszego pisania, ale nie ukrywam - potrzebuję przeraźliwie kontaktu z człowiekiem, gdyż jestem samotną osobą i chciałabym czuć, że to, co tu piszę wzbudza jakieś emocje – jakiekolwiek. Potrzebne mi  transcendentalne przeżycie, jakaś niespotykana emocja związana z odczuwaniem fluidów innych narodów.
Czy to idiotyczna motywacja?
Jeśli coś jest wkurzające to też jest ważne – słowo – napisz, chcę Cię poczuć w moich zmysłach, bez tego jesteś tylko statystyką.
Mam sporo znajomych internetowych i nie o to chodzi, by poszerzać grono, ale człowiek z Japonii mógłby wyjaśnić mi rzeczy, których nie rozumiem w kulturze Japonii ale nie będę napastliwa, jeśli nie ma ochoty na kontakt ok.
Właśnie przypomniało mi się jak próbowałam poznać Indie przez młodego chłopca, z którym pisaliśmy ku obopólnej uciesze. Moje poglądy chyba go denerwowały, bo ostatnio przestał pisać a może spodziewał się czegoś innego.
Sama czasami zauważam, że moje oczekiwania są czasami za duże a przecież wiem, że po innych nie należy tak naprawdę niczego się spodziewać.
Jeśli coś nam da znajomość, to dzięki losowi, że był dla nas łaskawy, ale nikt nie ma wobec nas żadnych zobowiązań, tak jak my nie mamy żadnych wobec innych.
 Oooo – moje truskawki dojrzewają.
Wczoraj długo rozmawiałam z Anią z Belgii. Było miło i czasami myślę sobie, że z inteligentną kobietą, można by konie kraść i na wyprawę dookoła świata pojechać, a człowiek szuka najczęściej kogoś z płci odmiennej sama nie wiem po co jak tam czasami taki totalny ugór intelektualny, że aż zęby bolą?
Zrobiłam sobie dzisiaj grilla, dla siebie i 2 psów, mojego i sąsiada.
Chodzi o to, że grill stoi i rdzewieje, więc czasami trzeba na nim coś ugrillować.
Powojniki zakwitły, to miło z ich strony.
Wczoraj oglądałam Opole wygrały Czarne konie – ale ja wolę wykonanie Ewy Błaszczyk, ona gdy śpiewa serce mi zamiera – dla mnie to ona tę piosenkę wykonała najlepiej zresztą nie tylko tę.
 Zostały jeszcze na grillu ziemniaczki, kiwi i winogrono kilka gron - muszę zobaczyć, czy się nie spaliły.
 Winogronka były pyszne i małe 2 ziemniaczki też jeszcze jeden dochodzi i kiwi – ciekawe, jakie będzie po upieczeniu. Jak robię grilla to się tak czuję jakbym w jaskini mieszkała. Dawniej z Agą rozpalałyśmy ognisko i piekłyśmy ziemniaki. Dzisiaj nie wolno we własnym ogrodzie rozpalić ogniska, jak raz rozpaliłam to sąsiadka ta wredna straszyła mnie strażą miejską. Później pójdę trochę gałązek dorzucić do grilla, bo fajnie się dymi a ja lubię dym z ogniska – skoro nie mogę ogniska, zrobię ognisko w grillu.
No nawet nie myślałam, że kiwi upieczone na grillu może być tak pyszne.
A się odezwała i straciłam wątek. Dobrze, bo ostatnio miałam jakieś kretyńskie sny i martwiłam się o nią, ale wszystko jest ok.

piątek, 14 czerwca 2013

gà ác, czyli zły kurczak

Bajka
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
Ściąganie, pobieranie udostępnianie zdjęć i treści – możliwe jest tylko za moją/autora/ pisemną zgodą.
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
˜˜*°°*˜˜
 To danie poznałam kilka lata temu, goszcząc u pani Bien, w Normandii. Normandia zrobiła na mnie niesamowite wrażenie – cudowne jest wybrzeże, dużo zieleni wokół wrzosy na skalnych skarpach jesienią. To kolejny region, różniący się od reszty kraju przede wszystkim kulturą. Przyjechałam wczesną jesienią i zamieszkałam na wyspie Jersey a moi gospodarze rozpieszczali mnie bez opamiętania, bo byłam jedyną ich wczasowiczką.
Próbowałam już wielu egzotycznych potraw moi francusko - wietnamscy gospodarze trudzili się, aby czymś mnie jeszcze zaskoczyć.
Ponoć od 40 lat mieszkali w starym domu otoczonym filarami i obrośniętym chińską glicenią tak dokładnie, że nawet okna otwierało się ze strachem by nie uszkodzić pnączy.
Pani Bien obiecała na obiad dziwną potrawę. Początkowe zdziwienie przerodziło się w zdumienie, kiedy okazało się, że wewnątrz dość niespotykanej kapusty przypominającej ogromną zieloną różę ze straszliwie pomarszczonymi listkami krył się fantastyczny farsz z ciemnego mięsa. Gà đen to pochodząca z Chin rasa kur czubatych, zwanych jedwabistymi (Gallus gallus domesticus brisson) wyjaśniała pani Bien. Ich skóra, mięso oraz kości są ciemne, a ponadto mają pięć palców u łap (zamiast czterech jak to bywa u innych gatunków). Oczywiście przycupnęłam w kuchni z gorzką kawą i śledziłam poczynania krok po kroku, nie cierpiąc zbytnio, bo pogoda była wredna, deszcz siąpił i o jakimkolwiek spacerze mowy być nie mogło.
Ten niespotykany wygląd kurczaka budzić może niepokój, co znajduje swoje odzwierciedlenie w wietnamskiej nazwie – gà ác, czyli zły kurczak.
Poczułam diabelski palec i trochę mnie to przeraziło, bo niby, czemu oni do mnie z takim „złym kurczakiem”.
Powiedzieli mi, że według medycyny wschodniej, jego spożywanie zmniejsza prawdopodobieństwo wystąpienia cukrzycy, niewydolności nerek oraz wzmacnia układ odpornościowy i działa odmładzająco, – co szczególnie wówczas było nie do pogardzenia.
Stężenie substancji prozdrowotnych jest wyższe niż w innych rodzajach mięsa, jest ono również niskokaloryczne i ubogie w cholesterol.
Z powodu tych nadzwyczajnych właściwości kury jedwabiste nazywane są pożywieniem królów, ale zapewne częściej podawane są osobom chorym i kobietom spodziewającym się potomstwa.
Kurczaki przyprawiane są mieszanką ziół leczniczych thuốc bắc, które z racji swego oryginalnego pochodzenia, zwane są chińskimi.
Sino-wietnamska medycyna naturalna traktuje chorobę, jako zachwianie równowagi pomiędzy „yin” i „yang”, co powoduje osłabienie energii życiowej „ki”.
Na szczęście za pomocą odpowiednich zabiegów i stosowania medykamentów harmonia może zostać przywrócona.
Sama pani Bien wyglądała trochę jak z piekła rodem, jej już mocno pomarszczona twarz, nie bardzo odzwierciedlała zdrowotne działanie owych kurczaków, ale jakby przewidując moje wątpliwości rzekła; W naszych warunkach te kurczaki są bardzo drogie, mąż jeździ po nie specjalnie do Paryża. Jest tam jeden wietnamski sklep, który je sprowadza.
W zestawie ziół leczniczych stosowanych do przygotowania lẩu gà đen thuốc bắc znajdują się: bulwy pochrzynu chińskiego, korzeń żeń-szenia nasiona łzawicy, jagody goji i owoce głożyny pospolitej.
Ta mieszanka przypraw do „bulionu kurczakowego” pochodzi z Sapy, ale nie tej wietnamskiej, tylko znacznie bliższej – azjatyckiego targowiska w czeskiej Pradze tłumaczyli. Byłam wówczas w szoku, że zostałam ugoszczona tak nadzwyczajną potrawą i nawet gdyby przypominała smakiem chińskie stuletnie jajka wypadało ją zjeść.
Gotowe zestawy tych ziół dziś wiem, że można kupić również w Polsce – w wietnamskich sklepach spożywczych.
Do/bulionu – zupy/ dodajemy też ziarna lotosu – mają nie tylko ciekawą konsystencję i delikatny smak, ale rzekomo działają również kojąco. Małżonek pani Bien dość dobrze mówił po polsku, bo przez wiele lat pracował na kontraktach zagranicznych z Polakami z Mostostalu. Uśmiechał się od ucha do ucha i mówił po takim długim drżeniu całego ciała. Polska Vodka jest – tu znów wpadał w drgawki i kończył „na zdorowie” – co oczywiście mogło znaczyć, że gà ác jest zdrowy, ale vodka jeszcze lepsza. Pani Bien tylko groziła malutkim sino szarym paluszkiem.
Próbuję sobie odtworzyć przepis w wielkim skrócie: kurczaka jedwabistego (lub każdego innego) należy gotować wraz z przyprawami thuốc bắc, grzybami shiitake, cebulą, imbirem, czosnkiem, pomidorami i ananasem przez 2 godziny. I gotowe!
Podobno gorzki leki leczą najlepiej, ale w tym przypadku powiedzenie to zupełnie się nie sprawdza. „Bulion kurczakowy” jest jednym z ulubionych przeze mnie, a ziołowy oryginalny smak jest jego wielkim atutem.
No a kapusta włoska nadziewana tym kurczakiem, to takie urozmaicenie międzynarodowe tłumaczyła pani Bien uśmiechając się podejrzanie i mówiąc Polska lubić kapusta? Oj lubić!!!
Przypomniała mi się ta kapusta i postanowiłam sobie zrobić oczywiście mocno zmodyfikowaną.
Sam jednak tamten smak czuję do dziś jak by to było wczoraj tak jak pamiętam do dziś smak kwaśnicy na którą zabrał mnie Jerzy do Kramarzowej w Bukowinie.
Kurczaka „gà ác” nie mam, ale, mam kuropatwę małą i troszkę do niej dodam mięska wołowego – oczywiście nie spodziewam się osiągnąć identycznego smaku, ale ponieważ nie odstępowałam pani Bien nawet na moment w czasie gotowania – sądzę, że jestem w stanie zaimprowizować koncertowo.
Mam sporo wietnamskich ziół. Kupiłam je niedawno w prywatnym egzotycznym sklepie, który znalazłam w Internecie i okazało się, że jest usytuowany 11 km ode mnie. Zajrzałam tam i dzięki sporej promocji związanej z otwarciem zaopatrzyłam się, bo mam fisia na punkcie ziół.  No może tak - chciałabym każde ziele spróbować w różnych kombinacjach smakowych.
Podam mój przepis;
KAPUSTA FASZEROWANA MIĘSEM/mięso może być dowolne/
- SPOSÓB PRZYGOTOWANIA
1.
Farsz: posiekaj wołowinę i słoninę, lub kurczaka i boczek. Dodaj przyprawę Delikat, lub inną warzywną, pieprz, ziele angielskie, owoce goji, suszone śliwki, grzyby i grzyby Mun, odrobinę imbiru, ale świeżego korzenia startego, ja dodałam też kilka listków z krzaczka goji i 2 małe ruty, kilka lubczyku i ząbek czosnku. Posiekaj drobno cebulę i podsmaż, następnie dodaj do farszu.
2.
 Całość zalej niepełną szklanką bulionu i wymieszaj.
3.
Bulion do podlania kapusty jest tym, na którym gotowałeś mięso.
Kostkę Knorr rozprowadź w 250 ml gorącej wody, tak, aby powstał esencjonalny bulion, dodaj zioła i przyprawy, które posiadasz i które dodajesz zwykle do rosołu – oczywiście ja użyłam ziół chińskich i wietnamskich w połączeniu z naszymi.
4.
Obierz kapustę z wierzchnich liści, w całości ugotuj w osolonym wrzątku. Po wyjęciu ułóż w misce i rozchyl liście tak by się nie wyłamały i włóż pomiędzy nie farsz mięsny – począwszy od środka, każdą warstwę farszu zawijaj końcówką liścia do środka.
5.
Kapustę przełóż do rondla. Polej bulionem, roztopionym z masłem i na 40 minut wstaw pod przykryciem do piekarnika.
6.
Po tym czasie przełóż rondel na kuchenkę, zalej drugą połową bulionu i przygotowanym sosem i duś. Co chwile polewaj kapustę powstałym sosem. Kapusta będzie gotowa, kiedy będzie można łatwo wbić w nią widelec. Kapustę podawaj z przecedzonym sosem, który powstał przy przygotowaniu. Ja już nie musiałam dusić, bo po 4 min kapusta była miękka. Przykryłam szklaną pokrywą z wierzchu okrytą grubą folią aluminiową z foremki do ciasta, która świetnie zapobiega spaleniu z wierzchu i utrzymuje wewnątrz formy odpowiednią wilgotność.
Wyspa Jersey jest największą z Wysp Normandzkich położonych na Kanale La Manche. Przypominała mi nieco Dziwnów z czasów, gdy w nim bywałam. Małe domki przycupnięte wzdłuż wybrzeża z zadbanymi ogródkami. Gdzie nie gdzie okazalsza rezydencja z basenem palmami ukryta za wysokim żywopłotem. Jersey - nie jest częścią Unii Europejskiej, ale jej terytorium jest zależne od Korony Brytyjskiej. Malownicze widoki, rozległe plaże, klify, roślinność, łagodny klimat. Znajdująca się ok. 20 km od wybrzeży Francji wpływa na jej francuskie klimaty narodowościowe.
Językiem urzędowym jest angielski, wyspa posiadała własną walutę funt Jersey wymienialną 1:1 na funt brytyjski. Ale tu uwaga, o ile na Jersey można płacić funtami brytyjskimi, o tyle w Wielkiej Brytanii nie można już płacić funtami Jersey. Kiedyś jak Cypr była rajem podatkowym, ale podobnie jak na Cyprze to się też skończyło.
Stolicą Jersey jest Saint Helier. Sporą atrakcją turystyczną Jersey jest zamek Królowej Elizabeth. 
Zamek ten został zbudowany ok. 1590 r. i od tego czasu przeszedł kilka modyfikacji. W zamku znajduje się muzeum, gdzie można zapoznać się z historią zamku i Jersey. Pustelnia, mała kapliczka, była miejscem świętym od XII wieku i jest poświęcona świętemu, którego imieniu miasto zawdzięcza swoja nazwę..
Sporą ciekawostką jest to, że do zamku można dostać się bosą stopą. Ale tylko w dni, kiedy nie ma przypływu. Kiedy jest przypływ, na zamek można się dostać tylko i wyłącznie amfibią ferry.
O 12 każdego dnia odbywają się wystrzały z kanon armatnich, więc warto odwiedzić zamek o tej porze.
Odbywają się także tu krótkie inscenizacje historyczne, wykonywane w strojach z epoki.
Jersey posiada dużą i przepiękną przystań jachtową, największa chyba znajduje się w Saint Helier. Można tu spotkać piękne, drogie i luksusowe jachty i łodzie motorowe, na których wypoczywają bogacze. Wbrew pozorom z wyspy nie da się wydostać jachtem w dowolnym dniu, gdyż odpływy są tu tak silne, że jachty i motorówki ponoć opadają na dno. Tradycją jersejską jest wrzucanie nowo przybyłych do wody z pomostu, tuż przy wylocie Roseville Street. Nie miałam takiej nieprzyjemność być wrzuconą przez miejscowych do wody – na szczęście, bo gdy przyjechałam było już dość chłodno.
Czym można zrewanżować się za takie przyjęcie, oczywiście łódzką zalewajką. 
Pani Bien, mimo, że sporo starsza ode mnie zapłonęła rumieńcem, gdy próbowałam włożyć całą kiełbaskę do barszczu. Jej mąż śmiał się, gdy zaczęła ją w swojej miseczce jeszcze przed podaniem skrupulatnie kroić „ona zawsze ma sprośne skojarzenia – takie coś ją nakręci na 2 tygodnie”. Kultura obcych nam narodów jest czasami zaskakująca. Powiem tylko, że barszcz musiałam przygotować od samodzielnego kiszenia

Archiwum bloga