sobota, 17 sierpnia 2013

Powieść - rozdział 10 „Rozrywki" do wyboru

Gdy odlatują motyle
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Ściąganie, pobieranie, udostępnianie zdjęć i treści – jest nie możliwe – objęte prawem autorskim.
Rozdział 10
Rozrywki" do wyboru
Jak widać mogłam sobie wybierać, gdzie chciałam spędzać wakacje. Mogłam zostać z babcią na półkoloniach, gdzie było swojsko, pani Maria zawsze mówiąca do mnie Bajeczko, co powodowało, że czułam się kimś wyjątkowym i mogłam puszczać wodze moim marzycielskim fantazjom. Niestety na półkoloniach na dość małym terenie było mnóstwo dzieci a dzieci mnie wkurzały, bo wtykały nos w nie swoje sprawy interesowało je tylko czy jak się dżdżownicę przekroi to obie części pójdą w tę samą stronę, albo jak bardzo można przez słomkę napompować żabę.
Wychowawczynie mimo najszczerszych chęci nie były w stanie wszystkiego ogarnąć.
Zawsze znaleźli się jacyś okrutnicy i to prawdziwy cud, że nigdy tam nie zdarzył się żaden wypadek.
Moja kosztela nauczyła mnie szacunku do przyrody, spokoju, obserwowania, ale i pomagania robaczkom jak była taka potrzeba. Niepotrzebne okrucieństwo złościło mnie i od razu stawałam się wrogiem numer 1, więc się usuwałam, bo nie lubiłam interweniować, czy skarżyć wychowawcom, najlepiej było gdzieś się zaszyć.
Wolbórz to była przestrzeń, dorośli ludzie, którzy kombinowali gdzie skraść całusa jakiejś dziewczynie.
To mnie intrygowało. Stosunki damsko - męskie były mi praktycznie zupełnie obce. U babci nigdy żaden facet nie przekroczył łańcucha na drzwiach a jak za 3 razem. Mój ojczym przyjechał, do babci, żeby po raz kolejny namówić mamę do powrotu do domu w Dziwnowie, by mógł znów się, nad nimi znęcać w babcię wstąpił właśnie szatan. Jak tylko go zobaczyła wykrzyknęła „won z mojego mieszkania” wyrzucając jak lufę armatnią rękę z palcem wskazującym do przodu.
Gdy ten próbował ją zastraszyć. Mówiąc pogardliwie „cicho stara, bo Cię zastrzelę” Babcia zrobiła coś, czego bym się po niej nigdy nie spodziewała. Chwyciła 2 rękoma swoją najpiękniejszą różową jedwabną bluzkę z falbankami i jednym szybkim ruchem rozerwała nie tylko bluzkę, ale i biustonosz, powodując, że jej ogromny biust wyrwał się na wolność i zafalował przed zdębiałym zupełnie moim ojczymem. 
„Strzelaj wrzasnęła albo won”. Ojczym był wtedy po wypadku, w wojsku miał jedną nogę do biodra w gipsie i chyba ta niepełnosprawność tak go deprymowała, że wyniósł się jak zmyty. Wystraszeni bracia mali wtedy chłopcy siedzieli, na kozetce przytuleni do siebie, jak osamotnione i głodne szczeniaczki. Mama stała jak ja z otwartymi ustami.
Babcia zaś ogarnęła jakoś biust i poszła zamknąć drzwi na łańcuch. „A nie mówiłam wydukała mama” do mnie.
Babcia wróciła jeszcze w tej porwanej bluzce, którą ściskała w dłoniach, żeby piersi nie wysypały się z niej ponownie.
Włosy te jej piękne falowane, gęste włosy uwolniły się częściowo z węzła z tyłu głowy i opadały bezradnie na ramiona.
„Zapamiętaj” – zwróciła się do mamy „Ostatni raz Cię z dziećmi przyjęłam jak pojedziesz do niego znów, nie pisz już, że Was katuje, że znęca się nad dziećmi nie pisz i nie wracaj już nigdy. Jasne? Była wyjątkowo stanowcza –nigdy wcześniej nie widziałam w niej takiego dynamizmu.
Wiedziałam, że od dawna u mamy działo się źle, ale nie sądziłam, że tamta sytuacja z Sylwestra, gdy w pijackim szale mój ojczym chciał nas zastrzelić. Mnie, ciocię, ciężarną mamę i starszego brata w noc Sylwestrową z 1958/1959 jeszcze się powtarzała.
Wtedy w radio grali piosenkę Marty Mirskiej;
Zachodni wiatr
Takie smutne masz oczy, kochany,
I uśmiechasz się do mnie przez łzy.
Wiatr za oknem zawodzi od rana,
Jakby wiedział to samo, co my.
Wiem, że żyć już inaczej nie możesz,
Prawdzie spojrzeć musimy dziś w twarz,
Chodź, pójdziemy pożegnać się z morzem,
Bo ostatni to spacer już nasz.
Refren:
Zachodni wiatr spienione goni fale,
Wysoko gdzieś zawisnął mewy krzyk,
Gasnący dzień zachodem się rozpalił,
Stoimy tak, bez słowa, ja i ty.
Daj dłoń, tak bliską mi i drogą,
Daj dłoń i nie myśl o mnie źle.
Zachodni wiatr rozstajnym naszym drogom
Z okrzykiem mew swe pożegnanie śle.
W mokrym piasku się stopa odciska,
Fala zaraz zabiera ten ślad,
Twoim oczom chcę przyjrzeć się z bliska,
Zanim znowu rozłączy nas świat.
Fale biją o plażę z łoskotem,
Błyszczy okruch bursztynu, jak łza.
Nie przyjdziemy tu nigdy z powrotem
Nigdy razem, jak dziś, ty i ja.
Nigdy tej piosenki nie zapomnę zawsze będzie mi ona przypominała tamto zdarzenia i szaleństwo mego ojczyma.
Kto wie jak wszystko, by się skończyło gdybym wtedy nie schowała jego pistoletu do kalosza cioci.
Byłam małym dzieckiem, co mnie tknęło nie wiem, widziałam jego mokre kruczoczarne loki spadające na wściekłą twarz, gdy przechodził przez salon do kuchni. Nic się nie odezwał tylko zatoczył się pod drzwiami kuchni. Pobiegłam do sypialni i spod poduszki, gdzie zawsze leżał jego pistolet chwyciłam go i wrzuciłam do kalosza cioci, ponieważ bałam się, że może go zobaczyć, przewróciłam kalosz i na niego przewróciłam drugi, tak jakby same się przewróciły. Dopiero później dotarło do mnie, że wchodząc do kuchni zaczął wrzeszczeć, że nie takich profesorów kładł trupem. „Zabiję wszystkich siebie też - skończę tę farsę.”. Zupełnie nie miałam pojęcia, czemu się tak wściekł. Przyjechałyśmy do mamy z ciocią na Święta Bożego Narodzenia. Cioci chodziło o to, bym miała substytut rodziny, choć w Święta, nie przypuszczała, że tak to wszystko się potoczy.
Ojczym w Święta cały czas pił, mimo to zachowywał się poprawnie, ale ciocia osoba zasadnicza, kilka razy napomniała go, że przyjechała z dzieckiem i nie chce, żeby ono wróciło do domu z obrazem pijanego ojczyma.
Pewnie już to go rozeźliło, więc wyniósł się do koszar. Był szefem magazynów żywnościowych w tamtejszej jednostce Marynarki Wojennej.
Dzień przed Sylwestrem przyszedł oświadczyć mamie, że zabiera ją jutro na imprezę Powitania Nowego Roku do Kantyny Oficerskiej. Ja sobie coś rysowałam w sypialni, bo ciocia z mamą, korzystając z okazji, że go nie było w domu opowiadały sobie o tym, co się działo w mamy życiu. Mama opowiadała a ciocia słuchała. Mój roczny braciszek zrobił kupę z pieluchę, bo nikt się nim nie zajmował w łóżeczku i zaczął malować zawartością pieluchy po ścianie salonu. Ojciec jak to zobaczył chwycił rocznego dzieciaczka i zaniósł go do łazienki, ten zaczął mu płakać, więc rozkręcił prawie wrzątek i lał na brata, tak, że ten poparzony wrzeszczał jak opętany. Mama w 8 miesiącu ciąży, ja i ciocia przybiegłyśmy do łazienki i próbowałyśmy go uspokoić, ale on wpadł w jakiś amok, nigdy nie widziałam nikogo w takim stanie.
Ciocia zeźliła się na dobre wyszarpnęła brata z jego rąk i kazała mu wyjść na śnieg, żeby ochłonął.
 Mama mieszkała w bliźniaku na Osiedlu Rybackim przez ścianę z głównym dowódcą ojczyma nie mogła pojąć, czemu on nigdy nie reagował na tego typu awantury.
Pomyślałam sobie, że ojczym bardzo podstępnie się zachowywał, w sumie tylko brat płakał a to małym dzieciom zdarza się często. Więc chyba interwencja byłaby nieuzasadniona.
Ojczym znów poszedł do koszar a mama opatrywała poparzonego braciszka.
Nie miała ochoty iść ze swoim mężem na Sylwestra, bała się kolejnych scen i wtedy koło 20 – tej przyszedł wściekły po nią.
Chyba faktycznie chciał wszystkich zastrzelić, bo pobiegł jak opętany do sypialni i zaczął szukać pistoletu. Wywalał wszystko z szaf, przewrócił pościel na łóżkach. Ja przerażona wzięłam brata na ręce i zajrzałam do kuchni, ale tam nie było ani mamy ani cioci. Z maleńkim braciszkiem poszłam do ubikacji i zamknęłam się na metalowy haczyk od wewnątrz.
Nie mogłam zrozumieć, że uciekły gdzieś obie a mnie i brata zostawiły. W obu była przecież pewna łagodność i empatia.
To była kolejna sytuacja w moim, życiu, gdy nie mogłam pojąć, rzeczy, które były zupełnie dla dziecka niepojęte.
Oboje siedzieliśmy jak mysz pod miotłą, słyszałam jak przewalał za ścianą w sypialni jakieś sprzęty, było bardzo zimno, martwiłam się, że jak on nas nie zastrzeli a one po nas nie przyjdą to zamarzniemy. Braciszek zasnął na moich rękach a i ja ze strachu chyba zaczęłam drzemać. Nie wiem ile czasu tam siedzieliśmy w końcu obudził mnie głos cioci.
Basia wyjdź on już się uspokoił. Wtedy przyszedł, jego dowódca i jak ja wyszłam z bratem z ubikacji, ojczym był już rozebrany w piżamę, płakał i wszystkich przepraszał najbardziej tego dowódcę.
Był pięknym mężczyzną, wysokim mężczyzną, ale wtedy wyglądał strasznie.
Siedział w sypialni na pobojowisku, które sam zrobił. Patrzyłam na tych wszystkich ludzi i zastanawiałam się jak to możliwe, żeby takie rzeczy działy się w mojej rodzinie.
Jak to możliwe, żeby nikt nie myślał o nas dzieciach jak my to przeżyjemy, czemu oni nam dzieciom w końcu bezbronnym coś takiego robią i to jeszcze w Święta. Oprzytomniałam z tych myśli, gdy jego dowódca powiedział, żeby mu oddał broń. Płakał - nie wiem gdzie jest chyba mi ją schowały i dobrze, bo bym pozabijał wszystkich.
Bałam się go, bałam się przyznać, że to ja schowałam broń, jak dowódca wyszedł zawołałam ciocię i powiedziałam, – że pistolet jest w jej kaloszu –
„zanieś ją do tego człowieka”. Jutro jedziemy do domu. Powiedziała ciocia, też już chciałam wracać, ale całą drogę do babci płakałam, bo zostawiłam z wariatem, niepoczytalnym bandziorem moją mamę, braciszka i nienarodzone jeszcze dziecko. Ludzie w przedziale częstowali mnie cukierkami, czekoladami a ja płakałam coraz bardziej.
Ciocia mnie uspokajała, ale nikomu nie chciała powiedzieć, co przeżyłyśmy. Bała się, później mi powiedziała, że ludzie pomyślą, że mnie porwała rodzicom.
Ciociu jestem szczęśliwa, że nie muszę tam mieszkać, tylko, czemu mama od niego nie odejdzie?
Odejdzie tylko musi, do tego dojrzeć.
Odchodziła 3 razy, 2 razy przekonał ją, żeby wróciła. Trzeci raz odeszła, gdy miałam 14 lat i już mieszkałam u cioci, przyszłam odwiedzić babcię i stałam się przypadkiem świadkiem całego zdarzenia. Po tym zdarzeniu mama nigdy już do Dziwnowa nie wróciła.
Babcia bardzo przeżywała mamy porażkę, ale myślę teraz, jako dojrzała już kobieta.
Normalnie inna matka, gdyby wiedziała, co się dzieje zabrałaby swoją córkę z dziećmi i pomogła im stanąć na nogi.
Babcia chciała pomóc, ale to jej komplikowało życie, stwarzało kłopoty – szamotała się miedzy jej rozbujałą empatią a zdrowym rozsądkiem, który mówił jej, że będą kłopoty.
Dzieci panoszą się po domu, robią bałagan w życiu. To nie było po babcinemu.
Ona chciała mieć „Święty spokój”
Ten „Święty Spokój” działa do dziś na mnie jak płachta na byka.
Jestem innym człowiekiem niż moja babcia i innym niż moja mama.
Babcia była zniewolona przez pracę, mama potrzebowała mężczyzny, żeby się realizować.
Nie twierdzę, że coś jest lepsze a coś gorsze. Każdy z nas jest inny, każdego, co innego uszczęśliwia, żeby być dobrym i empatycznym człowiekiem, trzeba być szczęśliwym, nieszczęśliwy nie ma się, czym dzielić.
Szczęśliwy człowiek, zawsze innym rozsieje odrobinę swojego szczęścia.
Cała jednak filozofia wcale nie kamienia filozoficznego polega na tym, żeby widzieć granice, poza którymi osiąganie własnego szczęścia krzywdzi innych ludzi.
Ja wyznaję taką zasadę, że nie można budować własnego szczęścia na nieszczęściu innych, bo nie chodzi o to, że człowiek kogoś tam krzywdzi po drodze, ale chodzi o to, że krzywdzi siebie samego, traci dla siebie szacunek i nawet jak będzie udawał przed sobą, że wszystko jest ok, to i tak wylezie ta zmora z niego nie wiedzieć, kiedy.
Nie trzeba tu Zosimosa z Panopolis, by wiedzieć, że prawdziwym eliksirem szlachetności możemy „być” albo „nie być” my sami.
Transmutacja jest możliwa, gdy sami kontrolujemy swoje potrzeby szczęścia z potrzebami tych, którzy są obok nas.
Nie jesteśmy sami na tej Ziemi, nie jesteśmy sami we Wszechświecie. Dlatego czasami musimy być również asertywni, by nie krzywdzić siebie, bo są to krzywdy, które najtrudniej jest sobie wybaczyć.
Babcia bez pracy w 4 lata umarła.
Z dnia na dzień następowała degradacja jej umysłu i ciała, jakby, ktoś odłączył ją od prądu.
To był straszny widok, właśnie wtedy zrozumiałam, że człowiek musi mieć coś na samotność na te chwile, gdy zostanie zupełnie sam i wszystko przestanie mieć sens.
Trzeba mieć coś, co będzie nam dawało napęd do życia, bo przecież każdy kolejny dzień coś fajnego przynosi i warto, to przeżyć.
Gdy zaczęłam wspominać Wolbórz poznałam „Chłopaka z motorem”, z którym fajnie mi się pisze i który ciągle coś nowego wnosi do mojego życia.
Wczoraj właśnie pośrednio z jego powodu, przewaliłam pół domu, by znaleźć to zdjęcie z Berą, przy okazji odkurzyłam trochę książek, czego pewnie nie zrobiłabym jeszcze przez rok. Teraz myślę, że jutro pójdę do schowka za kominkiem, bo on może kryć jeszcze skarby ukryte po pożarze, nieprzejrzane tylko zapakowane w pudła i może w tej wędzarni, gdzie jeszcze wciąż czuje się swąd zrobię kolejne porządki.
Ugotowałam kapustę, taki a’ la bigos, ale chudy na żeberkach za 3.50 i tak sobie myślałam kosztując go, że kiedyś jak smak mojej kapusty nakręcał mnie erotyzm, mężczyzna tulący się do mnie.
Emocje są dziś porównywalne, choć nie jeden młodzik stuknąłby się w głowę. Życie jest jak łódź na wartkim strumieniu, musi się poddawać, płynnie zmieniać ułożenie, by się dostosować. Każdy dzień ma swoje priorytety a my możemy je uszanować i żyć w zgodzie z czasem i sytuacjami albo próbować zmieniać świat na naszą modłę.
Wiem, że można się cieszyć każdym dniem nawet, gdy nie mamy życiowego komfortu, jeśli jesteśmy pogodni zawsze coś nas raduje. Truskawka, na krzaczku, czy kilka słów zamienionych z dzieckiem choćby na skype.
W dzieciństwie mogło być idealnie, gdyby nie źli i bezmyślni ludzie. Mogło być, gdyby dorośli czasami myśleli o dziecku a nie wyłącznie o sobie.
Gdy człowiek nawet zbłądzi powinien szukać wparcia duchowego, bo na tym polega dorosłość.

piątek, 16 sierpnia 2013

Powieść - rozdział 9 Babcina magia.

Gdy odlatują motyle
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Ściąganie, pobieranie, udostępnianie zdjęć i treści – jest nie możliwe – objęte prawem autorskim.

Rozdział 9
Babcina magia.
W babci było coś niesamowitego, miała prawdopodobnie turecko - węgierskie korzenie w 4 pokoleniu wstecz, pomijam fakt, że potrafiła przyciągać do siebie ludzi dobrej woli, ale była wulkanem energii do tego niesamowicie kreatywnym. 
Hi, hi to zdjęcie mnie zastanowiło, bo nigdy przy babci nie było żadnego mężczyzny.
Często urządzała różne fajne imprezy zawsze znajdowała ludzi, którzy pomagali jej finansować te pomysły.
Wtedy były inne czasy. Pamiętam, że do przedszkola przychodziły paczki z tak zwanej UNRRY- czyli United Nations Relief and Rehabilitation Administration międzynarodowej organizacji, która powstała w 1943 roku w Waszyngtonie z inicjatywy USA, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Chin w celu udzielenia pomocy obszarom wyzwolonym w Europie oraz Azji po zakończeniu II wojny światowej. Prawie 70% świadczeń na rzecz UNRRA, pochodziło z USA. Największymi odbiorcami były ponoć Chiny i Polska.
Babcia miała jakieś prywatne kontakty w USA i paczki do przedszkola przychodziły regularnie i bezpośrednio, były to najczęściej tłuszcze, masło w ogromnych puszkach czekolady, fasola, ryż, także ubrania dla dzieci i zabawki sprzęt sportowy, nawet kredki, farby, plasteliny, bloki rysunkowe i kolorowy papier. 
Kiedyś mi powiedziała, że wszyscy dyrektorzy innych placówek zazdroszczą jej tych darów a ona miała w Waszyngtonie kogoś, kto przed wojną jeździł z nią na kolonie.
Oprócz tego babcia zorganizowała ogród warzywno – owocowy w parku przedszkolnym.
Wychowawczynie starszych grup z dzieciaczkami podlewały ogród a matki dzieci przychodziły w piątki i soboty i pieliły grządki. Sprzątaczki dbały o ścieżki a woźny zajmował się chwastami na trawnikach i grabił jesienią liście.
Ojcowie organizowali zbiory owoców. Pamiętam, jak strząsano orzechy włoskie i przynoszono do przedszkola w ogromnych koszach na bieliznę. Rozkładano na podłodze tzw. bawialni gazety i suszono je na nich przez 2/3 tygodnie. Później pani Maria wraz z innymi kucharkami piekły ciasta na podwieczorek.
Ciasta były przepyszne z dużą ilością orzechów i amerykańskich rodzynek.
Tak jednak było, że w okresie wakacji przedszkole musiało być przez miesiąc zamknięte, choćby po to by przeprowadzono niezbędne remonty.
Babcia jednak miała świadomość, że są domy, w których panuje bieda i dzieci w tym czasie, chodziłyby nie tylko bez opieki, ale i głodne, dlatego wymyśliła tzw. półkolonie.
Polegały one na tym, że dzieci przyjeżdżały rano na „Strzelnicę”/park miejski/ gdzie był stary drewniany barak, który służył, jako świetlica w niepogodę i spędzały tam czas do 17.00.
Dzieci były w różnym wieku również w wieku szkolnym.
Babcia wcześniej robiła rekonesans w mieście i z najbiedniejszych rodzin dzieci miały praktycznie darmo zorganizowane wakacje. Dostawały tam bardzo dobre jedzenie nawet lepsze niż w przedszkolu, ubrania z darów, co bardzo je przyciągało.
Były tam różne gry a zajęcia na prawdę były bardzo ciekawe. 
Mnie było smutno, bo musiałam opuścić swoje drzewo, ale to miejsce na „Strzelnicy” z maleńkim stawem miało swój magiczny klimat. Śmiałam się, że pachnie babcią.
Tak ono cudnie pachniało. Był to zapach, który może później ze 2 razy w życiu poczułam.
Zapach wilgotnego piasku przełamanego żywicą. 
Niepowtarzalny zapach tak jak niepowtarzalny był smak piętek ze smalcem, które szykowała dla mnie pani Maria.
Babcia bardzo dbała o to by dzieci miały pamiątkę z dzieciństwa, zawsze zatrudniała fotografa, który robił dosłownie tysiące zdjęć. Dzieciaczki na zakończenie dostawały takie albumy, które same robiły i w których były ich zdjęcia.
Ja niestety miałam pożar w domu i część tej kolekcji spłonęła, tylko niektóre udało się uratować.
Trzeba przyznać, że babcia mimo swojego otwartego umysłu była osobą przesądną, znała setki śmiesznych ludowych powiedzonek, które jakby obnażały naturę ludzką i bardzo trafnie definiowały różne sytuacje życiowe.
Lubiła się śmiać, ale miewała okresy zadumy i wtedy wiedziałam, że było to coś w rodzaju kontemplacji, czy medytacji, po której najczęściej następowała konstatacja, – czyli wymyślała raptem jakąś nową akcję.
Gdy poszłam już do szkoły, babcia zachorowała na cukrzycę. Nikomu o tym nie mówiła, bo bała się, że ją wygryzą z pracy, była bezpartyjna i już z tego tytułu ciągle miała jakieś nieprzyjemności.
Przedszkole mieściło się w pięknym maleńkim pałacyku poniemieckim, z ogromnym ogrodem.
Wiele osób zazdrościło babci tak fajnej lokalizacji miejsca pracy. 
Może to napędzało babciną kreatywność, a może po prostu taka była, że bez pracy czuła się nieszczęśliwa.
Czasami pytała mnie czy mam kredki do rysowania albo, jaką książkę chciałabym by mi kupiła?
Chodziłam do księgarni i oglądałam książki, by wiedzieć, co jej odpowiedzieć.
Nigdy nie pytała mnie czy mam rajstopy bądź coś do ubrania? Nigdy nie dostałam ubrań z paczek, mimo, że chętnie w niektórych bym chodziła. 
Mówiła mi jak widziała, że oczy mi się błyszczą do jakiejś kurtki czy spódnicy - są dzieci biedniejsze od nas.
Sama bardzo ładnie się ubierała, ale o mnie pod tym względem zupełnie nie dbała.
Jednak nie powiem, że mnie nie kochała, kochała mnie i zależało jej na mnie, ale stawała się naprawdę szczęśliwym człowiekiem dopiero wtedy, gdy jej siostra zabierała mnie do siebie.
Niestety nie czułam tzw. duchowego oparcia w babci, nie sprawdzała czy mam odrobione lekcje, czy nauczyłam się tego, czego miałam się nauczyć w szkole. To dla niej nie było ważne. Gdybym nie była bardzo zdolna, pewnie padłabym w podstawówce.
Wiele wyniosłam jednak z tego okresu mieszkania z nią.
Babcia miała w sobie niezwykły spokój. 
Zdarzyło się ze 2 razy, że się po prostu wściekła, ale to były sytuacje naprawdę wyjątkowe i całkowicie uzasadnione. 
Moja mama kiedyś powiedziała, oj zobaczysz, pod obliczem anioła czasami w niej budzi się nieobliczalny szatan.
Moja mama właściwie była wychowywana, przez babcię jak ja
i może, dlatego nie było w niej odpowiedzialności za własne dzieci.
Uważała, że skoro sama jakoś się wychowała to i jej dzieci dadzą sobie w życiu radę.
Dawały sobie radę na tyle na ile pozwalało im środowisko, w którym się znalazły.
Chłopcy, czyli moi bracia przyrodni niedopilnowani, niestety nie skończyli szkół wyższych.
Czy moi koledzy szkolni mieli lepiej zadawałam sobie to pytanie?
Ze szkoły podstawowej nawet nie 50% skończyło studia, 
czyli środowisko rodzinne nie pomogło im w samorozwoju.
Ciekawą rzeczą były aspiracje, czy ambicje jakby to nie nazwać. 
Od dziecka miałam liczne zainteresowania, – gdy miałam 10 lat zaczęłam robić pierwsze zdjęcia. Wcześniej już rysowałam a mając 9 lat przeszyłam sobie palca Singerem, bo postanowiłam uszyć sobie pierwszy kostium kąpielowy.
Wiele czytałam, w 5 klasie zaczęłam uprawić gimnastykę sportową. Kochałam sport w każdej postaci. 
Dziwne było to, że wszystkiego uczyłam się sama, podpatrywałam mamę Danki jak szyła i sama zaczęłam. Nauczyła mnie tylko nawlekać nitkę. Popsułam z metr materiału nim udał mi się kostium, ale był super.
Drugą rzeczą, którą uszyłam jak miałam 10 lat była sukienka. 
Trochę kiepsko była wykończona, ale była bardzo fajna.
Ciocia, siostra babci odkrywała ze zdumieniem moje talenty i zaczęła zabierać mnie z sobą na wakacje uważała, że tam rozwinę się jeszcze bardziej.
Znalazłam zdjęcie z mojego pierwszego pobytu w Wolborzu, miałam wtedy 8 lat i zrobiłam tam coś strasznego.
Obcięłam po trochu swoje warkocze. 
Babcia jak wróciłam z takimi króciutkimi mało się nie popłakała. Sama miała długie włosy i uważała, że kobieta z krótkimi włosami wygląda wyzywająco jak chłopak.
Obcięłam je, bo nie chciało mi się, co rano zaplatać. Później zaraz znów zapuściłam warkocze.
Wtedy pierwszy mój pobyt w Wolborzu, był takim okresem oswajania się z ludźmi.
Nawet na tym zdjęciu widać, 
że byłam jak dzikie zwierzątko. Mocno wystraszone i gotowe w każdej chwili uciec. Rzadko też znajdowałam się tam w kadrze aparatu, chowałam się nie chciałam za bardzo rzucać w oczy. Uczestnicy obozu byli 10 lat starsi ode mnie nie byłam w stanie nawiązać z nimi żadnego kontaktu. Dalej, więc chodziłam swoimi ścieżkami, rysowałam, czytałam łaziłam po drzewach i pływałam. 
Czasami chodziłam do cioci na zajęcia tańca, ale raczej podpatrywałam niż tańczyłam.
Pamiętam, że z tą właśnie Berą, czy Berym, bo nie pamiętam czy był to pies czy suczka, poszłyśmy z dziewczyną mającą na imię Anka do Bogusławic do stadniny. Ja prowadziłam psa na smyczy. Wyszłyśmy takim skrótem z prawej strony na łąkę. Widać, jaki był to kolos. Zobaczył kota i jak się puścił, to ciągnął mnie po trawie z 5 metrów nim uwolniłam się ze smyczy.
W Bogusławicach Anka uczyła się jeździć konno.
Bardzo mi się to podobało, ale niestety Anki instruktor uważał, że muszę się z końmi oswoić i powiedział, że jak przyjdę do stadniny 5 raz - to posadzi mnie na konia.
Póki, co dostałam szczotkę i kazał mi je szczotkować, byłam za mała, więc wyszczotkowane były tylko do połowy.
Jednak faktycznie za 5 razem posadził mnie na konia i mogłam pojeździć na lonży. W tamte wakacje chyba z 6 razy jeździłam na lonży i raz mogłam na maneżu. 
Marzyło mi się pojechanie z Anką do lasu, ale niestety byłam za mała i instruktor nie chciał się zgodzić. 
Ta jazda konna tak mnie wciągała, że szukałam sposobu po powrocie do domu, żeby sobie pojeździć konno.
Ponieważ z babcią mieszkałyśmy w części miasta, gdzie były gospodarstwa rolne, całe Karnyszewice - szukałam gospodarza z koniem, który pozwoliłby mi na nim jeździć.
Po miesiącu znalazłam i nauczyłam się jeździć. Przekupiłam gospodarza czekoladami. Zawsze przynosiłam mu czekoladę i dostawałam konia na godzinę. Uważałam to za uczciwy układ. 
Tylko babcia połapała się, że czekolady znikają z kredensu i nie mogła pojąć, co mi się stało, bo wcześniej czekolad praktycznie nie jadłam a teraz raptem pożeram. 
Kiedyś w sobotę wypuściła się za mną, by sprawdzić gdzie ja z czekoladą znikam. Podobno opitoliła gospodarza, że wyłudza ode mnie czekolady, gdy ona za darmo jego dzieciaki zabiera na półkolonie i daje im ubranka z paczek.
Gdy wróciłam z łąk, na których jeździłam powiedział mi twoja babcia to niezły wywiadowca, nie przynoś mi już czekolad i możesz jeździć bez nich jak tylko zechcesz.
Miałam pietra, bo myślałam, że jak wrócę babcia mnie zbeszta. 
Ona śmiała się jak wróciłam do domu i powiedziała mi; „znam takiego jednego, co ma lepsze konie, ale mieszka w Piątkowisku dalej, jak będziesz lepiej jeździć to powiedz zaprowadzę Cię do niego on Cię więcej nauczy, bo sam kiedyś jeździł sportowo a jego ojciec był ułanem w Pułku Ułanów Litewskich”. Babcia miała różne koneksje dzięki swojej działalności społecznej. 
Później nawet w Liceum czasami tam chodziłam, ale pan Andrzej zachorował a że był samotny gospodarstwo sprzedał i tak skończyła się moja konna edukacja w domu, ale w Bogusławicach zawsze trochę jeździłam .

czwartek, 15 sierpnia 2013

Powieść - rozdział 8 Między wakacjami.

Gdy odlatują motyle
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Ściąganie, pobieranie, udostępnianie zdjęć i treści – jest nie możliwe – objęte prawem autorskim.

Rozdział 8
Między wakacjami.
Wakacje - wiadomo dzieci uwielbiają, ja zaś żyłam, jakby wakacje trwały cały rok.
Każdego dnia był, jakby ten sam rytuał. Mieszkałam z babcią w poniemieckiej kamienicy w 2 pokojach ze sporą kuchnią.
Rano śniadanie w domu – znienawidzona zupa mleczna z kaszą, łyżka stawała na sztorc.
Babcia zaplatała mi w czasie, gdy jadłam warkocze, co oczywiście odwracało uwagę od paskudnej zupy ale nie dostatecznie.
W trzeciej klasie szkoły podstawowej zbuntowałam się i powiedziałam, że nie będę już jadła zup mlecznych.
Babcia nie bez oporu zgodziła się i kupione dzień wcześniej bułki podgrzewała w piekarniku, ciepłe smarowała masłem czasami kładła na nie jakiś kawałek kiełbasy lub smarowała dżemem. 
Uwielbiałam bułki, życie nabrało nowych barw, gdy skończył się okres zup mlecznych.
Kokardy we włosach były białe, z granatowej zerówki fartuch szkolny z dopinanym białym kołnierzykiem, w 2 klasie dostałam matowy fartuch z lepszego materiału – kupiła mi go ciocia.
O 7.30 ruszałam do szkoły 
odprowadzał mnie codziennie do rogu Żelaznej i Partyzanckiej seter angielski sąsiada z góry, który dostawał codziennie od nas mleko czasem z resztkami bułki, którą dla niego przemycałam. Seter nazywał się Karo i należał do zdegenerowanego aktora teatru Jaracza, który mieszkał w małym mieszkanku na strychu.
Z wyglądu bardzo przypominał Jana Ciecierskiego z filmu Awantura o Basię.
Niestety na babci nieszczęście nosił to samo nazwisko, co ona i często ludzie myśleli, że jest jej mężem wygonionym za karę na strych.
Ciągle był pijany i oczywiście grał wtedy różne teatralne role na schodach prowadzących na sam strych czasami zupełnie na golasa. Wtedy najczęściej zabierała go milicja.
Raz nawet zimą poszedł w nocy szukać wódki dla swoich karcianych kompanów w samej tylko pierzynie i został aresztowany.
Babcia oprócz tego, że była kierowniczką Przedszkola nr 1, była też tzw. opiekunem społecznym i bardzo często różni alkoholicy przychodzili do babci pożyczyć 2 złote na wódkę czy jakiś inny trunek. Miałyśmy, dlatego gruby łańcuch w drzwiach, by nikt nie mógł wejść do mieszkania.
Tak czy inaczej stresowali mnie ci ludzie, ale babcia umiała z nimi rozmawiać. 
Czasami pytałam ją czy pomoc społeczna polega na dawaniu pieniędzy na wódkę, na co babcia mi odpowiadała. 
Jak ja im dam, to na nikogo nie napadną, to chorzy ale ambitni ludzie – zawsze mi oddają pieniądze. Taki który raz nie oddał nigdy więcej nie przyszedł pożyczać. Dziwna to była teoria dla dziecka, które mało co rozumiało, ale miała jakiś sens choć ja martwiłam się, że babci kiedyś braknie pieniędzy.
Karo odprowadzał mnie i czekał na mnie, gdy wracałam ze szkoły. Nie wiem skąd wiedział, o której godzinie wracam, ale zawsze siedział na rogu, czasami nawet szedł dalej pod sklep, bo tam pewnie ludzie dawali mu jakieś kąski.
Gdy mnie widział ostrożnie przechodził, przez bardzo ruchliwą ulicę/trasę Łódź – Wrocław/ i szedł ze mną do przedszkola, bo tam dostawał zawsze swój obiad.
O mnie i o Karo dbała przedszkolna kucharka pani Maria C.
To była niesamowita kobieta, miałam wrażenie, że kochała mnie najbardziej ze wszystkich znanych mi ludzi.
Często kolebała się przez ogrodowe zarośla pod moje drzewo z talerzem zupy i 2 piętkami świeżutkiego chleba ze smalcem, pomstując pod nosem. 
Kiedy podchodziła pod drzewo mówiła - Bajeczko schodź, bo Ci zupka ostygnie i proszę przynieś talerz do kuchni, żebym znów nie musiała przedzierać się przez te maliny.
Okres pobytu w szkole nie należał do przyjemnych, dzieciaki moi koledzy ciągle się mnie czepiali.
Gdzie jest Twój ojciec – pytali a mama zostawiła cię z babką? Ty to masz licho nikt cię nie kocha.
Takie teksty były na porządku dziennym.
Miałam nawet 2 koleżanki, ale i one po cichu szeptały jakieś rzeczy, których wolałam nie słyszeć. 
Nauczyciele nie reagowali, woleli udawać, że nie widzą i nie słyszą co się dzieje.
Koledzy mówili na mnie „żaba”, bo miałam duże oczy.
Później już w klasach starszych, gdy okazało się, że jestem lepsza od wielu w sporcie, że umiem pięknie rysować i bardzo szybko uczę się wierszy oraz piszę piękne opowiadania, które często pani Piotrowska, moja polonistka czytała na lekcjach dając mnie innym za przykład – koledzy nabrali do mnie może nie szacunku, ale jakiegoś dziwnego respektu i docinki prawie się skończyły.
Ja zaś sama musiałam na nie - nie reagować, by wszystkim się znudziło.
Pamiętam, że w 3 - ciej chyba klasie przyszedł do nas Maciek rudy chłopak, którego rodzice pracowali za granicą, tak mówiła jego babcia i on póki rodzice nie wrócą miał chodzić z nami do klasy. Dzieciaki były wredne nie czarujmy się.
Zaczęły od razu czepiać się jego. 
Któregoś dnia płakał na przerwie. Pamiętam, bo on mi to po latach przypomniał, podeszłam do niego i pocałowałam go w policzek.
Nie płacz, przestaną, ale nie możesz pokazywać, że to Cię dotyka.
Przestał płakać jakoś nie długo po tym zdarzeniu przestał przychodzić do naszej szkoły. 
Spotkaliśmy się 10 lat później w Warszawie, ale to inna historia.
Teraz w tej szkole jest chyba szkoła specjalna dla opóźnionych dzieci, ale dawniej była tam "12" normalna Szkoła Podstawowa, może nawet lepsza od innych pod względem edukacji.
Najgorsze w młodszych latach były powroty ze szkoły, dzieciaki zaczepiały mnie uszczypliwościami
Patrzcie a ta znów ze szkoły do przedszkola idzie, chłopaczyska ciągnęli mnie za warkocze. Niektóre dziewczyny takie zachowania uważały za umizgi mnie to strasznie wkurzało i zdarzało mi się machnąć ręką, by odgonić natręta. Wtedy zaczynała się wojna na worki. Na szczęście w miejscu tych utarczek był tzw. Dom Harcerza, gdzie na zastępczej sali gimnastycznej moja ciocia, siostra babci prowadziła lekcje wf. z licealistkami, gdy skończyła prowadzić lekcje w 9 tce. Jak za bardzo mi dokuczali szłam poskarżyć się cioci a ta rozganiała całe towarzystwo. 
Kiedyś wytargała któregoś za nos.
Innym razem to było wcześniej o rok rozwścieczony zapewne chłopak z za płotu domu, w którym jak sądzę mieszkał rzucił we mnie kamieniem i wcelował w ciemię. Padłam na chodnik i straciłam przytomność, mało mnie nie zabił. Ludzie wezwali karetkę i wylądowałam w szpitalu.
Oczywiście chłopakowi nikt nic nie zrobił, bo nikt nie wiedział, który to, ale myślę, że on sam najadł się strachu, bo nie sądził, że wceluje we mnie i zrobi mi krzywdę jak się później okazało namówiły go dziewczyny, same się wygadały.
Myślałam nawet, że będą sobie robić żarty, że jestem stuknięta w głowę, ale od tamtego czasu przestali się mnie praktycznie czepiać. Może jak leżałam w szpitalu jakiś nauczyciel zrobił im burę.
W szkole niektóre przedmioty lubiłam innych nie, najbardziej nie lubiłam matematyki.
Reszta była do przeżycia. 
Uwielbiałam polski, później jeszcze historię, plastykę, wf. a nawet muzykę.
Na początku 3 klasy zapisałam się na naukę gry na gitarze w Domu Harcerza i wtedy zobaczyłam jak lekceważący stosunek instruktora do dziecka może go zniechęcić nawet do najfajniejszej pasji.
Niestety, po pół roku zrezygnowałam, bo mój instruktor ciągle dawał mi do zrozumienia, że jestem w tym do bani.
Nie czułam z jego strony, żadnego wsparcia, niczego nigdy, nie chciał mi wytłumaczyć. Odpuściłam sobie, mimo, że chciałam autentycznie nauczyć się grać.
Dziwne, że nie pamiętam jego nazwiska. Pamiętam tylko ludzi, którzy byli fajni. Przypomniało mi się ale nie napiszę, pewnie już nie żyje - wiem dziś, że to on był do bani jako pedagog.
Po lekcjach wracałam do przedszkola, bo w domu nikogo nie było.
Czasami w starszych klasach pozwalałam przyjść ze mną jakiejś koleżance, ale babcia nie lubiła tego, bo zawsze były z dziewczynami jakieś kłopoty.
Jedna zrzuciła mnie niby dla żartów z takiego podestu balkoniku dla dzieci, który był jakieś półtora metra nad ziemią.
Spadłam na plecy i straciłam głos, przez chyba godzinę nie mogłam słowa powiedzieć. Pani Maria głaskała mnie po plecach i smarowała chyba spirytusem, powtarzając Bajeczko kochanie odezwij się a ja tylko charczałam. Łzy jej w oczach stawały i chyba dlatego spięłam się i przemówiłam cichutko - dziękuję. Trzeba było widzieć jak mnie ściskała, mówi, mówi cieszyła się.
Z powodu pytań o rodziców stałam się samotnikiem, nawet na lekcjach jak tylko była wolna ławka wolałam siedzieć sama. 
Czasami sobie myślałam, że w sumie lepiej może, że nie mam ojca, bo przecież jakbym miała mieć takiego jak Hanka jedna z moich koleżanek. Jej ojciec był szewcem pił i ciągle lał ją pasem od ostrzenia szewskich noży.
Albo takich rodziców jak miała 2 moja koleżanka, którzy zamykali na klucz w domu jedzenie przed dziećmi i babcią. 
Nawet chleb był pod kluczem. W głowie mi się to nie mieściło.
Tak czy inaczej bolało mnie to, że byłam sama, ale jak każde dziecko umiałam o tym szybko zapominać a „+++” tej sytuacji rekompensowały mi wszystko. 
Nikt się nie czepiał, czy mam odrobione lekcje, czy się pobrudziłam, pokaleczyłam czy nabiłam sobie guza. Nic nikogo poza panią Marią nie obchodziło.
Zastanawiało mnie jedno, dlaczego nikt z rodziny mojego ojca nie interesował się, co się ze mną dzieje – mijały przecież lata. 
Ojciec miał 4 rodzeństwa i długo bardzo żył mój dziadek, byli to ludzie światli.
Ojciec w dokumentach miał wpisane inteligencja, – przez co później nie dostałam punktów na studia.
Byli to ludzie zamożni a mimo to mieli totalnie w nosie to, co się stało z dzieckiem ich brata i syna.
Już, jako dziecko nie mogłam tego pojąć. 
Czasami myślałam sobie, że może mój ojciec nie był moim ojcem, albo ja urodziłam się pod złą gwiazdą, byłam przeklęta czy coś w tym rodzaju. 
Dziecko wtedy, gdy inni mu dokuczają swoim małym móżdżkiem próbuje pojąć sprawy niepojęte.
To, że mama wyjechała, bo chciała mieć mężczyznę i nową rodzinę potrafiłam zrozumieć. 
To, że nie mogłam z nią jechać, bo tam były tylko 4 klasy szkoły podstawowej i musiałabym jeździć do innej miejscowości też rozumiałam.
Postanowiłam zatrzasnąć drzwi pod tytułem rodzina i stworzyć jednoosobową komórkę społeczną.
Babcię bardzo kochałam była cudowna, ale ona była tak zakochana w swojej pracy, że ja byłam dla niej tylko kulą u nogi i to też rozumiałam, bo to, co ona robiła było wyjątkowe, takich ludzi naprawdę jest niewielu do dzisiaj.
Niektórzy mówią, że takie wyalienowane dziecko bez opieki, musi się wykoleić, jako dorosły człowiek, bo nie ma zaszczepionych wzorców moralnych.
To jest totalna bzdura.
Mały człowiek jest świetnym obserwatorem i doskonale potrafi ocenić, co jest dobre a co złe. 
Jeśli nie przebywa z ludźmi wykolejonymi, bandziorami, alkoholikami czy narkomanami, którzy wszczepialiby mu złe wzorce. 
Samo sobie stworzy własne normy moralne i jeśli ma w swoim otoczeniu pozytywne przykłady, będzie z nich czerpało wzorce.
Ludzie wyjątkowi imponują nam chcemy być często tacy jak oni a nawet lepsi.
Tak było ze mną. Dużo czytałam, bo babcia wieczorami do późnej nocy czytała książki, rysowała w soboty i niedzielę, haftowała i czasami szyła. Piekła pyszne kruche ciastka.
Gdy przychodziła w odwiedziny stara ciocia mówiliśmy o niej „kobuska” nie wiem, czemu tak, ale zawsze przynosiła mi czekoladę i za to ją lubiłam.
Wtedy babcia wyjmowała karty i stawiała tarota. To był ich magiczny świat, rozmawiały szeptem i mówiły o rzeczach, które były nie dla mnie.
Bywało też, że przychodziła do nas siostra babci moja ciocia, która ciągle była w konflikcie z bratową i czasami pomieszkiwała u nas.
Wtedy zawsze dostawałam od niej jakieś super prezenty. 
Rower super damkę dla dorosłych z kolorowymi siatkami na kołach, narty, łyżwy, rakiety tenisowe, aparat fotograficzny, czy jakieś nowe ciuchy. Babcia uważała, że ciocia mnie rozpuszcza i często ją hamowała w tych zakupowych popędach.
Ciocia była panną i sądzę, że w ten sposób chciała mi zapewnić lepsze życie, ale i zaskarbić sobie moją przychylność.
Bała się makabrycznie burzy. Jak tylko zaczynało grzmieć wchodziła do starej dębowej szafy i nie wyszła stamtąd póki burza się nie skończyła. Ja oczywiście burzę uwielbiałam siedziałam przy oknie i robiłam zdjęcia. Ciocia nawet tych zdjęć nie chciała oglądać.
Byłam kompletnie szurnięta w tamtym czasie, robiłam rzeczy, które nawet dziś wydają mi się zwariowane.
Nasza polonistka powiedziała, że bez zmrużenia oka postawi na koniec roku szkolnego piątkę z polskiego osobie, która na jutro nauczy się na pamięć najdłuższego wiersza.
Wiedziałam, że potrafię nauczyć się wiersza nawet kilka zwrotkowego, ale….chciałam być najlepsza.
Piątkę z polskiego i tak miałam zapewnioną, ale chodziło o to by pokonać tych wszystkich Fabków, Konców, Pietrzaków, Owsiaków i Bóg wie, kogo jeszcze. Znalazłam w babcinej biblioteczce tomik Słowackiego a w nim „Ojca zadżumionych” w ciągu jednego dnia i nocy nauczyłam się całego na pamięć i pamiętam go do dzisiaj – nikt nie nauczył się wtedy dłuższego wiersza. 

Archiwum bloga