niedziela, 8 grudnia 2019

Stracona bluzka i wspomnienia

Bajsza
 Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
8 grudnia 2019 r
Siedzę 2 dzień na stronach Internetowych i szukam podobnej koszuli do tej, jaką zostawiłam u P. w samochodzie jak wracaliśmy z Dźwirzyna. 
Uwielbiałam ją bo była uszyta z super lejącego się materiału i często ją nosiłam jako narzutkę w chłodniejsze dni.
P. ją znalazł gdzieś na podłodze, myślałam, że choć mi ją podrzuci, ale widać czuje się ostatnio źle a i ja też nie bardzo nadaję się, żeby po nią jechać do Łodzi.
Tak czy siak pomyślałam, że może kupić nową podobną.
Problem jednak polega na tym, że kupując w Internecie nie wiadomo, jaki materiał, jaka czerń – itd.
Niestety muszę spisać ją na straty, bo jak przez taki długi okres wala się gdzieś po podłodze w samochodzie, to wyblakła i przeszła niemiłym zapachem, czyli już jej raczej nie założę.
Ano jakieś straty trzeba ponosić - czasami.
Szkoda tylko, że trafiło na moją ulubioną bluzkę, to cena płacona za gapiostwo i roztrzepanie. 
„Dziewczyno, kiedy Ty dojrzejesz, powiedziałaby moja 3 lata młodsza kuzynka?”
Ech…, trudno to też moja wada dla niektórych - jestem bliźniakiem a bliźniaki raczej nigdy nie dojrzewają.
To też ma swoje plusy, bo unikają później okresu przejrzewania hi, hi. 
Ot, wiecznie i niepoprawnie roztrzepane bywają aż do śmierci, mogą przy tym wywijać różne numery, jak choćby zostawianie swoich rzeczy w cudzych samochodach. 
Idę szukać dalej, już mi się oczy w 6 groszy schodzą, ale co robić.
Szukając bluzki znalazłam super buty i oczywiście jak to ja - kupiłam je, teraz czekam na przesyłkę od 1 grudnia jak utknęła w terminalu przeładunkowym, czort wie gdzie - tak nie mogą jej dalej puścić a mnie się paski do glukometru kończą i muszę iść do lekarza.
Zastanawiam się co lubicie najbardziej na śniadanie. Ja oczywiście chleb a raczej pieczywo pszenne, bo mi nie wolno - np. z pasztetem, albo z cebulką smażoną, mniam, mniam. 
Jednak ponieważ mi nie wolno, to muszę jeść rzeczy, których nie lubię – okropieństwo. 
To takie katowanie się za życia. Powinnam w ogóle rzucić jedzenie i zastąpić je innymi czynnościami mniej szkodliwymi dla cukrzyka.
Jednak z tymi „innymi”, też ostatnio jest cieniutko - samemu nudno a towarzystwo się wykruszyło, bo jest strzykające w kościach, nudne i malkontenckie.
Może to już czas zacząć modlić się i chodzić do kościoła na potęgę, albo leżeć jak ja teraz i czekać, na lepszą rzeczywistość.
Umarła kolejna moja koleżanka.
Znaczy kolegowałyśmy się w dzieciństwie, później ona jak wieści niosły, żyła delikatnie mówiąc bez hamulców.
Nie wyszła za mąż zajmowała się mężami innych dziewczyn, no i skończyło się, przeszła drugą stronę tęczy.
Była oryginalna, bo miała jedno oko niebieskie a drugie zielone, przez co chodziła w przyciemnionych okularach.
Byłyśmy razem w Dusznikach w prewentorium, powinnam mieć gdzieś zdjęcie z tamtego czasu.

W 4 ławce przy drzwiach to ja :).
Ona siedziała bliżej.
Oj już tam nieźle nawywijałyśmy. 
Opisywałam to kiedyś. 
Miałyśmy faceta wychowawcę to było jedyny raz w mojej karierze naukowej, pewnie dlatego tyle wiedzy pochłonęłam, nikt mnie nie rozpraszał.
A klasa w Dusznikach to był babieniec.
2 rok naszej nauki w podstawówce. 
Kaziu może Ty poznajesz jakieś dziewczyny wszystkie były z naszego miasta?

sobota, 7 grudnia 2019

Zdjęcie moich żeber, ha, ha

Bajsza
 Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
7 grudnia 2019 r
Włoskie klimaty zakradają się do mojego myślenia. 
No cóż Świąt za granica jeszcze nie spędzałam. 
Święta we Włoszech pewnie będą „po polsku”.
Pytałam Agę o plany, wygląda jednak na to, że będzie wielka improwizacja.
Zastanawiałam się, co im kupić na prezenty gwiazdkowe, ale jak jutro nie będzie padać, pójdę na Jarmark Świąteczny, który jest w naszym mieście. 
Oni/moje dzieci/ mają rzeczy, na które mnie kompletnie nie stać, więc może jakieś super pierniki, lub coś w tym stylu znajdę.
Wczoraj, mimo, że jeszcze nie zaliczyłam Mediolanu zostałam zaproszona na Sylwestra.
Zobaczymy nie wiem jak zniosę lot samolotem, więc trudno mi dzisiaj podejmować wiążące decyzje, ale jak wszystko przebiegnie bez przykrych niespodzianek cała jestem na „tak”.
Teraz muszę się pochwalić, że nie bez obaw, zdecydowałam się wsiąść na rower pierwszy raz po wypadku.
Przejechałam zaledwie 1 km 300 m, ale okazuje się, że i na rowerze pracują wszystkie mięśnie i wieczorem znowu mnie bolało mocniej.
Dzisiaj mijają 2 tygodnie od wypadku a ja w dalszym ciągu nie mogę nawet leciutko ucisnąć miejsce, w które się uderzyłam.
Jak ja tam nie mam złamanego żebra to jestem „święty turecki”.
 
To zdjęcie, które mi zrobili jest do bani, 
nie wiem jak ktoś mógł napisać, że żebra są całe. 
Dla mnie jak patrzę na lewą stronę, to żebra wyglądają na zgruchotane. 
Zaś w dalszym ciągu nie mogę kaszleć, kichać ani wysmarkać nosa, nie mówiąc już o czkawce, bo by mnie chyba zabiła.
Sądzę, że oni robią wszystko, żeby nie zatrzymać delikwenta po wypadku w szpitalu, bo szpital jest zadłużony, więc pewnie mają zakaz.
Była asekuracja.
Oglądało mnie 3 lekarzy, żeby jakby, co, to jak zwykle nie było winnego.  
Skłonna jestem przypuszczać, że od PiS-owskiego rządu mogą dostawać premię za wyprawienie emeryta na drugi świat, bo to byłaby duża oszczędność dla budżetu.
Byłaby forsa na kolejne 500+. Z mojej emerytury mieliby 3 + na premię dla lekarza.
Nie ma jednak reguł. 
Dzwonił do mnie serdeczny kolega, u którego dzieci mieszkałam w Gdańsku z życzeniami imieninowymi i co się okazuje „chłop jak dąb”, grubokościsty, nikt nie spodziewałby się, że może zaniemóc a on wylądował na wózku i ma sparaliżowaną połowę ciała i nogi prawie całkowicie. Wszystko jak mówił zaczęło się banalnie.
Czuł jakby mu się liść do stopy przykleił, okazało się, że to był początek wirusowego zapalenia kręgosłupa, które skończyło się paraliżem i wózkiem inwalidzkim.
Swoją drogą ja miałam kolejny raz szczęście w nieszczęściu.
On jednak opowiadał, że trafił na cudownych lekarzy, którzy się nim wyjątkowo zaopiekowali. 
Teraz przez 3 miesiące jest w ośrodku rehabilitacyjnym, choć lekarka przewiduje minimum pół roczną rehabilitację. 
Czyli nie wszystkich lekceważą. 
Może ja i moja rodzina mamy pecha.

środa, 4 grudnia 2019

Luna

Bajsza
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
4 grudnia 2019 r
Wczoraj spotkało mnie niesamowite zdarzenie. 
Ostatnio popadam w depresję z powodu tego wypadku, którego skutki cały czas mnie męczą i w zdecydowany sposób mają wpływ na moje samopoczucie. 
Leżę godzinami w łóżku, jest mi smutno, bo nawet nikt nie zadzwoni a jak ja dzwonię, do tych, którzy mogliby mi poprawić nastrój, czuję po drugiej stronie słuchawki, że są znudzeni rozmową ze mną. Często wprost mi mówią, „przecież ja Ci nie pomogę”.
To smutne, bo potrzebuję szczególnie teraz kilku słów pocieszenia, by jakoś przetrwać ten okres - przynajmniej w przyzwoitej kondycji psychicznej. 
Ostatnio obiecałam sobie, że już do nikogo nie dzwonię.
Nawet nie prosiłam przecież nikogo o zrobienie mi zakupów, które są dla mnie prawdziwą udręką za każdym razem i muszę te wyprawy do sklepu dodatkowo odchorować. 
Cały ten stan, dla mnie dotąd aktywnej kobiety, dobija mnie kompletnie psychicznie.
 
Toteż jak wczoraj zadzwonił telefon, na mój zastrzeżony numer, sądziłam, że to znowu jakaś reklama z czasów, gdy telefon nie był jeszcze zastrzeżony. 
Mimo to sięgnęłam i włączyłam rozmowę. 
Okazało się, że dzwoni pani Grażynka właścicielka Luny. 
Pamiętacie tę suczkę Yorka z Dźwirzyna, która się ze mną zaprzyjaźniła.
 
Jak wtedy szczerze pisałam mam kompletnego bzika na punkcie Yorków a Luna była wyjątkowym Yorkiem słodkim i wpadającym do mnie na cienkie białe kiełbaski, które specjalnie dla niej kupowałam. 
Pani Grażynka, mówiła, że jak tylko wybiegała na korytarz od razu stawała pod moimi drzwiami i czekała, aż jej otworzę. 
Zadzwoniła, zatem pani Grażynka z nietypową prośbą. 
Wyjeżdżają z mężem na Święta do Krynicy Górskiej i pomyślała, że może ja zgodziłabym się Lunę do siebie przyjąć na Święta, bo suczka, źle znosi podróże wymiotuje i jest wykończona a do tego w domu wczasowym, chcą 30 zł za psa dziennie. 
Jasne, że bym ją przygarnęła za friko dla samego cudownego towarzystwa, ale mam wykupiony już bilet do córki do Mediolanu i niestety nie będzie mnie w czasie Świąt w domu.
Powiem więcej, że gdybym wcześniej wiedziała o tej propozycji pewnie zrezygnowałabym z wyjazdu szczególnie, że jestem potłuczona i nie wiem jak zniosę podróż samolotem. 
Bardzo było mi miło, że pani Grażynka pomyślała o mnie. 
Świadczy to o tym, że ma do mnie pełne zaufanie a to jest budujące. Zastanawiałam się, czy nie mogłaby zaopiekować się Luną moja koleżanka z pracy, która jest bliską koleżanką p. Grażynki. 
Niestety okazało się, że dała jej mój numer telefonu, bo sama nie chciała, a może nie mogła zająć się pieskiem. 
Czasami takie drobne oznaki zaufania poprawiają samopoczucie, co szczególnie w tej chorobie jest mi potrzebne. 
Przed wczoraj miałam kompletnego doła, ta rozmowa zdecydowanie poprawiła mi samopoczucie. 
Powinnam już iść do lekarza na rejon, bo kończą mi się leki, szczególnie paski do glukometru, ale muszę poczekać jeszcze, bo zrobiłam sobie sama prezent i czekam na odbiór przesyłki. 
Buziaki dla tych, którzy jeszcze tu zaglądają.

czwartek, 28 listopada 2019

Dla Ciebie mamo.

Bajsza
 Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
28 listopada 2019 r
Jutro minie tydzień od momentu jak się potłukłam. 
Do teraz byłam na 2 lekach przeciwbólowych. 
Dzisiaj oba odstawiam, bo nie pomagają mi nawet na bolące kciuki, więc jak mają pomóc na to potłuczenie. 
Podejrzewam, że to takie farmakologiczne placebo, które nie pomoże najwyżej zaszkodzi na żołądek.

Jak się czuję? 
Dalej nie mogę położyć się na lewym boku za skarby, więc muszę spać na wznak, czego nie lubię, lub czasami na prawym boku, ale nie zawsze na prawym nie boli.
To mnie bardzo męczy, bo zawsze spałam na lewym boku.
Nie mogę długo siedzieć a jeśli to muszę prawą nogę oprzeć po turecku, wtedy mogę troszkę dłużej.
Nie mogę w tej lewej ręce przenieść z kuchni do pokoju całego czajnika wody najwyżej pół. 
To jest postęp, bo w poniedziałek nie mogłam lewą ręką podnieść szklanki z piciem.
Jak się kładę i podnoszę lewą rękę do góry w pewnym momencie zawsze w tym samym miejscu coś mi przeskakuje, jakby żebro ocierało się o drugie żebro, czasami nawet przy oddechu tak mi przeskakuje, to nie boli, ale jest dla mnie dziwne. Nigdy wcześniej tak nie miałam.
Nie mogę odkaszleć i to jest koszmar, bo zbiera mi się nieciekawa wydzielina i powinnam jej się pozbyć a nie mogę, bardzo mnie wtedy boli i muszę wybierać ból czy kaszel.
Najgorzej było wczoraj dostałam czkawkę na szczęście krótko, to był obłęd.
Rzucało mnie dosłownie z bólu po łóżku.
Już mogę dzisiaj pierwszy raz w miarę swobodnie chodzić, ale do sklepu po jabłuszka, które mi się skończyły nie odważyłabym się iść. 
Poprosiłam kuzynkę lekarkę, żeby odebrała mi z rentgena płytkę z tym prześwietleniem.
Dali jej, ale jej jeszcze nie mam w domu, bo nie mam siły iść do niej.

Może w sobotę wezmę taksówkę pojadę po jabłuszka i wodę i wpadnę przy okazji do niej. Bardzo mnie zmartwiła, bo powiedziała, że po takim potłuczeniu mogę mieć ból przez kilka miesięcy.
Ten lekarz, Pablo Tellez napisał w wywiadzie,
„Chora podaje, że przewróciła się i uderzyła w okolicy prawej klatki piersiowej w linii pachowej tylnej”
- Matoł cały czas mówiłam, że uderzyłam się z lewej między sercem a nerką na wysokości boku żołądka. Nie miałam prawdopodobnie otarć, czy nawet siniaka, bo chodzę po domu ze względu na zimno w bardzo grubym jak miś polarze i on mnie przed okaleczeniami uchronił. 
Do tego na rogu tej ławy od telewizora w którą się walnęłam leżał gruby ręcznik, po praniu, którego jeszcze na szczęście nie schowałam. 
Dalej ten niedouk pisze; „chora podaje, że ma „silne” bóle, ale jej zachowanie i poruszanie nie świadczą na poważny uraz”. 
Ci, co mnie znają wiedzą, że gdyby mnie makabrycznie nie bolało za skarby nie pojechałabym do lekarza. On jednak sądzi, chyba że chciałam obejrzeć jego kaprawe oczy. Weszłam do niego opierając się o wózek inwalidzki, jak o balkonik, bo nie miał mnie tam kto zawieźć. 
Tym bardziej, że wypadek miałam w piątek i czekałam do sobory, bo myślałam, że mi się może poprawi. 
Teraz po czasie jak na to patrzę, to dokładnie wygląda mi to tak jak było z moją mamą, która umierała z bólu - wzywała karetki, zawozili ją do szpitala. Po czym po 3 dniach zwalniali ją do domu. 
To trwało przez miesiąc 7 razy - była zawożona karetką do pabianickiego szpitala. Na różne oddziały. Miała takie bóle, że mówiła „wyskoczę z okna, żeby to w końcu się skończyło”. 
Kiedy rozmawiałam z jednym z lekarzy, do którego właśnie trafiła w ciężkim bólu, powiedział mi, że mama miała zrobione wszystkie badania. Niczego nie stwierdzili i uważają, że te bóle są urojone. 
Cholera wściekłam się, gdy następnego dnia poszłam do szpitala a mama miała podłączoną sondę do żołądka, z której spływała czarna jak smoła krew a ona bredziła. 
To było ponad moje siły, wpadłam do pokoju lekarzy na chirurgię, gdzie właśnie leżała zrobiłam karczemną awanturę w pokoju lekarskim - przerywając im picie porannej kawy. 
Wśród lekarzy był nasz absolwent - znał mnie. 
Poszedł ze mną do mamy. Dzień wcześniej z innym rozmawiałam, gdy mama była jeszcze w kontakcie psychicznym i to on mówił o urojeniach. 
Młody lekarz wyglądał na zdziwionego, jak zobaczył tą sondę. 
Po czym rzekł, to może być martwica jelit. 
Jakaś płytka się oderwała i zablokowała jelita, tak, że nie są drożne. Martwica rozwijała się co najmniej przez miesiąc.
 Trzeba natychmiast operować „może uda się wyciąć ten martwy odcinek jelita jak organizm nie jest za bardzo zainfekowany". 
Kazał mi podpisać zgodę na operację poszłam z papierem do mamy i mówię jej, że musi mieć operację i ja mam podpisać zgodę. 
Mama odzyskała przytomność. Ja ją podpiszę powiedziała – podpisała nieudolnie i znów straciła przytomność. 
Powiedziała jeszcze, że ma umalowane paznokcie to może nawet umrzeć, miała dość już tego bólu. 
Czekaliśmy z bratem na koniec operacji. Lekarz wyszedł i oświadczył nam, że było już za późno. 
Umarła na stole operacyjnym. 
Gdyby wcześniej ktoś ją zdiagnozowali miała szansę.
Lepiej jednak dla lekarzy jest myśleć, że pacjent histeryzuje. 
Jeszcze teraz po 17 latach serce mnie zaczyna boleć, gdy sobie to przypominam, była prawie w moim wieku gdy umarła.


Mogłam skarżyć? 
Kogo była na 4 oddziałach pabianickiego szpitala, wszyscy lekarze sorry ją olewali. 
Który był winien?
Muszę zrobić sobie kawkę, bo jestem nieprzytomna i rozbita. 
Oj, jaka kawka jest pyszna, piję ostatnio dość rzadko i chyba dla tego tak bosko smakuje. 
Kochałam mamę, mimo, że w jakimś momencie życia zostawiła mnie z babcią. 
Jako kobieta rozumiałam ją. Chciała jeszcze troszkę nacieszyć się młodością, ale okazało się, że się przeliczyła i jak Ania mówi zła karma wróciła. 
Przeżywała w nowym związku koszmar, który na szczęście mnie ominął dzięki babci i cioci. 
Końcówka jej życia też nie była ciekawa, lekceważono jej cierpienie, – dlatego ja unikam lekarzy jak ognia.
Już do lekarza, tylko po insulinę a właśnie cukier mam dzięki tej nowej insulinie długo działającej Lantus jak młódka, nigdy takiego dobrego cukru dotąd nie miałam.
 Tylko czy musiałam tyle lat czekać i prosić lekarza, żeby mi ją przepisał?
Czy musiałam nieomal na kolanach błagać o tę insulinę.
Nie byłoby tego wypadku, bo nie byłoby arytmii serca. 
Ja podejrzewam, że arytmia jest odpowiedzialna, za te chwilowe utraty przytomności u mnie a jest z powodu złego leczenia cukrzycy. Zresztą dr. Piotr Debich moje przypuszczenia tam na SOR-że potwierdził. 
Człowiek musi się ciągle uczyć, znać się na medycynie szczególnie na starość i musi domagać się tego, co mu się należy jak psu kiełbasa.
❤ 
Słowa piosenki, po angielsku, po polsku i włosku
******po angielsku******
Mom, 
I'm so happy
Because I'm coming back to you
My song is telling you
That this is the best day for me!
Mom, I'm so happy...
Why live far?
Mom, only for you
My song flies
Mom, you'll be with me
You'll no longer be alone
Oh, how I love you!
These words of love
That chain up my heart
Are maybe no longer used

Mom, my best song is you!
You are the life
And for life I won't ever leave you again!
(2x)
Mom, never again!
****po polsku****
Mamo, jestem taka szczęśliwa
Ponieważ wracam do ciebie
Moja piosenka ci mówi
To dla mnie najlepszy dzień!
Mamo, jestem taka szczęśliwa ...
Dlaczego mieszkasz daleko?

Mamo, tylko dla ciebie
Moja piosenka leci
Mamo, będziesz ze mną
Nie będziesz już sama
Och, jak cię kocham!
Te słowa miłości
To przykuwa moje serce
Być może nie są już używane

Mamo, moja najlepsza piosenka to ty!
Jesteś życiem
I na całe życie nigdy więcej cię nie opuszczę!
(2x)
Mamo, nigdy więcej!
******** po włosku********
Mamma
Mamma, son tanto felice
perché ritorno da te.
La mia canzone ti dice
ch'è il più bel giorno per me!
Mamma son tanto felice...
Viver lontano perché?

 Mamma, solo per te
la mia canzone vola,
mamma, sarai con me,
tu non sarai più sola!
Quanto ti voglio bene!
Queste parole d'amore
che m'incatenan il mio cuore
forse non s'usano più,
Mamma, ma la canzone mia più bella sei tu!
Sei tu la vita
e per la vita non ti lascio mai più!
(2x)
 Mamma, mai più!
❤❤❤ 
Aguniu, jakie pyszne babeczki babcia robiła, woziłam je do Ciebie do Grecji, a dla mnie zawsze robiła buraczki, marnowane grzyby, kluski na truskawkach i sernik rewelacyjny nikt nigdy nie zrobił lepszego.



niedziela, 24 listopada 2019

Zawiedziona

Bajsza
 Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
24 listopada 2019 r
Przypomina mi się w tej chorobie moja uczennica Joasia, która jak mi opowiadała pojechała do wujka czy dziadka na wakacje i on jej powiedział jak bardzo niezdrowy jest żółty ser. Przestała jeść cokolwiek i odżywiała się tyko jabłkami. Popadła w anoreksję i szczerze mówiąc tylko, dlatego pamiętam ją po latach. Ja teraz praktycznie też jem tyko jabłka te zielone, bo są kwaśne.
Nie wiem jak oni zrobili mi te badania, ja pod palcami w miejscu gdzie najgorzej mnie boli wyczuwam wgłębienie na żebrze. 3 lekarzy, mnie badało i 3 specjalistów robiło mi badania i tak mnie boli, że momentami nie wiem jak radzić sobie z bólem i codziennymi czynnościami.
Jednak to potłuczenie i zainteresowanie mną pokazało mi, gdzie mam przyjaciół.
Ci, którzy deklarowali się, jako przyjaciele kompletnie się nie sprawdzili.
Nie pomogli mi, choć tej pomocy naprawdę bardzo potrzebowałam.
Wiedzieli o wszystkim, bo rozmawiali ze mną, prosili, żebym zdawała im sprawozdania, ale faktycznej żadnej pomocy od nich nie dostałam i to jest bardzo smutne. 
Ok otworzyli mi oczy kolejny raz.
Martwią mnie te ataki bólu powtarzające się bez powodu. 
Umoszczę się w wygodnej pozycji i za chwilę szpila, jakby ktoś wbijał mi gruby drut do robienia na drutach a później taki ból, że muszę unieść się na zwiniętych pięściach w górę, dopiero wtedy ustępuje. Ta szpila jest ciągle w tym samym miejscu. 
Czyli ból jest tylko tam a nie gdzie indziej na szczęście. Na razie kończę, bo się zmęczyłam.
Jeszcze nie czuję się zdecydowanie lepiej, ale udało mi się zrobić kawę i podlać kwiatki, na razie nie mam tych silnych ataków, ale dalej kaszleć nie mogę.
Jest 12.00, czyli leżałam bez przerwy 18 godzin. Widzę, że dobrze mi robi jak się rozgrzeję.
 Póki mam ciało gorące ból jest mniejszy.
Dalej mam kłopoty ze schyleniem się do podłogi.
Jak mi coś upadnie próbuję podnieść packą na muchy i nogą tylko na siedząco, na stojąco jest to niemożliwe. 
Człowiek normalnie nie docenia sprawności, póki mu coś nie strzeli i jej nie straci.
Ktoś mnie dzisiaj zapytał w innym miejscu bloga, "What powers do witches have? They are able to seduce males to an early on death." Czyli "Jakie moce mają wiedźmy? Są w stanie uwieść mężczyzn do wczesnej śmierci." odpowiedziałam mu "In the Amazon tribes, shamans cast a curse on a man and he dies. We know the curses of people who left and after their death harm the living" 
Zastanowiłam się - czytałam wiele książek i tam piszą o tym, że Ci, co odeszli mogą rzucać tzw. zły urok na kogoś.
❤ 
Wiem, że są ludzie wspaniali, którzy pomagają i opiekują się pacjentem o takim lekarzu ostatnio pisałam tu w blogu. Tylko uważam, że cały system jest chory. W szpitalu szybciej się czymś zarazisz, niż Cię wyleczą. Ostatnie 10 godzin na SORze pokazały mi, że nikt się chorym nie przejmuje. Nikt mnie nie zapytał, przez 10 godzin, czy nie chce mi się pić, czy nie potrzebuję iść do toalety, nie mogłam się ruszać, Potrzebowałam pomocy a siedziałam w wózku i nie bardzo mogłam się z niego podnieść. Lekarz pierwszy, który mnie niby badał, bo nawet nie dotknął potłuczonych miejsc, powiedział mi, ze nie wyglądam mu na osobę z połamanymi żebrami,. W efekcie kazał mi prześwietlić prawą a nie lewą stronę ciała gdzie było potłuczenie. Opieprzył mnie, że chyba go nie uważam za lekarza, bo pytał mnie czy chcę zastrzyk przeciwbólowy a ja powiedziałam, że najpierw chciałabym, by lekarz mnie zdiagnozował. Lekarz nazywa się PabloTellez Garcia z Nikaragui
, to ku przestrodze, to co powypisywał w wywiadzie lekarskim w głowie  się nie mieści; "Uraz o prawej stronie. Zgłosiła się do SOR z urazem żeber lewych, jakiego doznała we własnym domu w wyniku uderzenia o fotel" Ja nawet fotela w domu nie mam tłumaczyłam mu, że uderzyłam się o bardzo ostry róg ławy/Dalej pisze/próbowała się chwycić mebla, gdy traciła przytomność/ Mówiłam, że padłam świadomie na ławę, żeby nie upaść na posadzkę, ale to dla niego było za skomplikowane. Podejrzewam, że ten lekarz nie zna po prostu polskiego. Kazali mi w ciągu 78 godzin zgłosić się do lekarza 1 kontaktu a ja do dzisiaj ledwie byłam w stanie dojść do łazienki. Ci ludzie zupełnie nie myślą

czwartek, 21 listopada 2019

Mam ciągle pecha

Bajsza
 Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
20 listopada 2019 r
Przepraszam kochani, ale lata spędzone w tej zimnicy spowodowały nieodwracalne zmiany a moich dłoniach. 
Obawiałam się, że artretyzm powykręca mi stawy, bo to rodzinna przypadłość kobiet mojego rodu. 
Tak się nie stało, nie pokręciło mi palców, ale boleśnie usztywniło je. 
Jest mi ciężko pisać póki, co nawet jednym palcem.
Jak się poprawi napiszę więcej. 
Nie wiem kiedy. 
Miałam wypadek w domu, po tym jak Maciek napisał, że mi przejdzie
 bardzo się potłukłam, nie wiem czy nie połamałam sobie żeber. 
Próbuję przetrzymać najgorszy ból, zobaczymy jak to będzie.
21 listopada 2019 r
Bycie przesądnym to ignorancja, ale niebycie przesądnym przynosi pecha./ Essere superstiziosi è ignoranza, ma non essere superstiziosi porta sfortuna./
Powinnam być szczęśliwa, mam już kupiony bilet do Mediolanu.
Święta zapowiadały się bardzo dobrze a tu masz. 
Spaliła mi się żarówka w pokoju
 Jest tu trochę ciemno, bo oświetlam lampką przy komputerze, ale boję się wchodzić na krzesło, by wymienić tę spaloną. 
Ostatnio mam zawroty głowy jak podnoszę ręce do góry./To chyba z powodu ostatnio niskiego - znaczy normalnego cukru, albo te tabletki na arytmię, czy te drugie na krążenie dają takie efekty uboczne./
Byłam w łazience i wróciłam do pokoju, gdy nagle pomyślałam, że powinnam polać kwiaty.
Podniosłam ręce na wysokość głowy i znowu to się stało.
Na moment straciłam przytomność.
Zaczęłam się przewracać. 
Ratując się przed upadkiem oparłam się o ławę, ale skręciłam przy tym ciało i z całej siły uderzyłam się opadającym bezwładnym ciałem w kant półki po telewizorze.
 Wbił mi się - tak myślę, bo wszystko działo się tak szybko między żebra/lekko od tyłu po lewej stronie/. 
Nie mam o dziwo jeszcze żadnego siniaka, ale nie mogę się ruszać, ani za bardzo chodzić – siedzieć - tylko jak się umoszczę na materacu. 
Nie mogę, przewrócić się na lewy bok leżąc, nie mogę kichać, ani kaszleć. 
Przy dotknięciu powierzchownie prawie nie boli. 
Boli tam, wewnątrz dokąd dotarł ten kant szafki. 
Mam nadzieję, że to tylko potłuczenie. Mam ciągle pecha.
22 listopada 2019 r
 Dziękuję za troskę już wyraźnie jest lepiej, jeszcze boli, ale o rany udało mi się przeturlać na lewy bok bez bólu. 
Zapomniałam nawet, że kciuki mnie bolą. Buziaki dla tych co napisali na privie. Dobrze mieć też wirtualnych przyjaciół. 
Z kasłaniem mam jeszcze kłopot.


Jestem na SORze w Szpitalu od 11,00 10 godzin na SORze, /ból wrócił ze zdwojoną siłą/10 godzin - bez jedzenia i picia, dali mi zastrzyk przeciwbólowy. Potwierdzili arytmię serca, nic nie mam złamanego wykazało prześwietlenie. Powinnam przeżyć ten wypadek. 10 godzin, badało mnie 3 lekarzy pierwszy pomylił prawą stronę z lewą/ był obcokrajowcem do tego miał jakieś guzy na gałkach w oczach, więc może źle widział, 2 była śliczna młodziutka lekarka wszystko opisywała i 3 przemiły p. dr. Piotr Debich chyba diabetolog.
Bardzo uprzejmy dziękuję mu za troskliwą opiekę, ale 10 godzin, żeby wykonać 3 badania/EKG, Prześwietlenie USG, to tyci za długo. Wiecie już, dlaczego nie lubię chodzić do lekarzy. Gdybym te 10 godzin przeleżała w łóżku może już by mi przeszło. Zawiózł mnie i przywiózł sąsiad, za co mu serdecznie dziękuję

Całe dni spędzam w łóżku leżąc na wznak, tylko tak mogę. 
Na myśl, że mam wstać np. do łazienki wpadam w panikę. Podniesienie się z łóżka związane jest z makabrycznym bólem. 
Nie mogę ruszać lewą ręką - boli, nie mogę zakasłać - bardzo boli.
Jak się rozgrzeję pod kołdrą, boli nieco mniej. 
Piję mineralną i jem po pół jabłuszka dziennie,małymi kawałeczkami bo boję się, że przy obciążonym żołądku będzie boleć bardziej, a bardziej chyba bym nie dałabym rady wytrzymać. 
Jestem cały czas na prochach przeciwbólowych i maści, która niby ma ból łagodzić. 
Jeśli te prochy działają to nie wiem jak byłoby bez nich.

Archiwum bloga