wtorek, 9 maja 2017

Trzymaj się Baśka.

Bajsza
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
9 maja 2017
Zaspałam niestety wszystko jest troszkę opóźnione.
Cukier na czczo, 112 więc jest ok.
7.40 śniadanie /wcześniej była woda i tabletka na cuk/.
 Jedno jajko jajecznica na oleju kokosowym, chlebek drwalski 
3 maleńkie 5 cm dł kromeczki posmarowane 3 g masła – razem 274. Kalorie obliczam w aplikacji Vita Scale, którą już wcześniej ściągnęłam.
Te kalorie to są oczywiście w przybliżeniu, bo nie ważę np. 3g masła tylko oceniam na oko.
8.20  kawa. Kawka zaparzona i chyba się jeszcze zdrzemnę.
Przed II śniadaniem woda z kurkumą.
10. 30 II śniadanie – jabłuszko i 3 orzechy włoskie 308 kal./razem 582/z orzechów zrezygnowałam na razie.

Mam problem, przypomina mi się taka autentyczna anegdota. Wiele lat temu leczyłam znerwicowany żołądek z wrzodami u znanego wielu ludziom gastrologa Krzysztofa Rynkiewicza.
P. dr był nie tylko dobrym lekarzem, ale wcześniej mistrzem Polski w wadze piórkowej w boksie a później lekarzem kadry łódzkich bokserów.
Pamiętam, że byłam u niego na rutynowej wizycie.
Najpierw przeraziłam go, bo miałam takie, niskie ciśnienie, że mierzył je ze trzy razy, po czym stwierdził, że chyba popsuł mu się ciśnieniomierz, bo według jego wskazań nie powinnam już żyć.
Ja zakłopotana stwierdziłam, że może, dlatego, bo nie piłam dzisiaj kawy.
Bardzo go moje tłumaczenie rozbawiło, wezwał pielęgniarkę i zaordynował – „Proszę natychmiast zrobić dla pani kawę, ale takiego szatana i uspokoić oczekujących pacjentów – ta wizyta potrwa nieco dłużej. Dla mnie też może być kawa”.
Wtedy właśnie zadzwonił telefon. Doktor odebrał, ponieważ mężczyzna po drugiej stronie słuchawki mówił dość głośno słyszałam całą rozmowę. Dziś nie pamiętam nazwiska boksera, ale to jego trener dzwonił do doktora. „Musi pan go przyjąć poza kolejnością – zaraz go dowiozę. Co się z nim dzieje? Ma coś z głową. Panie trenerze bez paniki, – dziś każdy ma coś z głową – przyjmę go tylko, dlatego, żeby panu się nie udzieliło” Zaczęłam się śmiać i oczywiście ciśnienie mi podskoczyło wykazując, że ma mi się na życie.
Skoro już jestem przy dr Krzysztofie Rynkiewiczu, to on powiedział mi któregoś dnia, dziewczyno wyrzuć wszystkie leki, które Ci zapisałem. Tobie farmakologia nie służy.
Zapiszę Ci restrykcyjną dietę mojej mamy.
Wolno Ci jeść kapustę kwaszoną/surową bądź gotowaną/ ziemniaki gotowane i wołowinę zrazówkę zmieloną i zaparzoną wrzącą wodą. Bez jakichkolwiek przypraw. I jeszcze najważniejsze – zmień podejście do życia – wszystko jest mało ważne – najważniejsze jest Twoje zdrowie”.
Posłuchałam go wyleczyłam wrzody i od 30 roku życia nie brałam żadnych tabletek.
Dopiero cukrzyca zmusiła mnie do powrotu do farmakologii, uważam jednak, że jak udałoby mi się zrzucić z 10 kg, może i cukrzyca cofnie się, choć trochę.
Zaś z głową ja mam dziś problem, podejrzewam, że to działanie kurkumy, ona rozrzedza krew.
Nigdy mnie głowa nie bolała, no chyba, że mnie zawiało jak jeszcze jeździłam na motorze. Ale to zamierzchła przeszłość. W sumie nawet mnie nie boli tylko mam takie uczucie jakbym na głowie miała za ciasną opaskę założoną. Może jednak za bardzo wczuwam się w organizm przy tej diecie. Mój Inspirator powiedział, że za dużo myślę o jedzeniu. Matko droga a o czym ja mam myśleć jeszcze porządki mam na głowie, ale o tym raczej staram się nie myśleć.
Dzwonił wczoraj Tymon i powiedział mi, że się przeziębił i spytał mnie czy pamiętam jak się o mnie troszczył w Krynicy, gdy nieomal zdychałam z przeziębienia.
Oczywiście, że pamiętam, nikt nigdy tak się o mnie nie troszczył w chorobie, jakże miałabym zapomnieć.
Dużo sobie bardzo szczerze powiedzieliśmy, to dobrze, bo uważam, że była jakaś jak ja to mówię „zadra”.
Może teraz lepiej się zrozumiemy. Gdyby nie to, że jestem w trakcie sporych porządków, może i bym do niego pojechała, bo mam świadomość, że jest sam.
Niestety do 1 czerwca jestem uziemiona pewnie do tego czasu się wykuruje.
Wysypuję na parapecie a właściwie na takiej płycie ceramicznej, którą umieściłam na parapecie ziarno słonecznika, już pierwszy szczygiełek to odbadał i zaglądał zaciekawiony do mojego atelier fotograficznego, czekam też na inne ptaszki.
Matko słodka, muszę wziąć się za sprzątanie.  
Wrzucę jeszcze jedno zdjęcie z Nicei, 
żebym miała lepszą motywację. 

13. 30 obiad kapusta pekińska gotowana, 5 pulpecików wielkości orzecha włoskiego, 2 płaskie łyżki brązowego ryżu gotowanego + koncentrat pomidorowy ze śmietaną/sos/ 405 kal /razem 792 kal/ 

poniedziałek, 8 maja 2017

Wow - ale laska.

Bajsza
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
8 maja 2017
Zbliża się lato i każdej dziewczynie marzy się by super wygląda w kostiumie kąpielowym. Matko jedyna już nie bardzo pamiętam, ale mam gdzieś takie bardzo niewyraźne zdjęcie z Grecji, gdy byłam laską nad laskami. Jest/dzieci spać rok1999/
Już nie mówię o Nicei. 
To zdjęcie jest zrobione 2 lata wcześniej.
No i co? Uda się wrócić do takiej figury?
~~~~~~~~~~~~~~
Mój znajomy, w rozmowie telefonicznej opowiedział mi, jak dzięki zażywaniu tabletek z młodego jęczmienia schudł ponad 12 kg o ile się nie mylę. 
Postanowiłam dowiedzieć się więcej na ten temat i zaczęłam czytać.
Pomyślałam muszę coś z tym zrobić. 
Po pierwsze zamówiłam ten młody jęczmień w tabletkach – ma wiele zalet, więc nawet, jeśli bym dzięki niemu nie schudła, to przynajmniej odświeżę organizm.
Postanowiłam też trzymać w ryzach godziny posiłków, 5 w ciągu dnia małych i żadnego podjadania.
7.00  -  śniadanie. Pół godziny przed pół szklanki ciepłej wody/lub cała/, by oczyścić żołądek i jelita z zalegających z dnia poprzedniego resztek.
Po tym pierwsza tabletka na cukrzycę popita też ciepłą wodą. Kanapka mała z masłem i tatarem.
Drugie śniadanie
10.00 - Tradycyjnie zielone jabłuszko + po pół szklanki ciepłej wody z kurkumą/ćwierć łyżeczki od kawy nie jest dobra, ale ma zalety./
 13.00 - lekki obiad. Dzisiaj kalafior z 4 /małymi wielkość orzecha włoskiego/pulpetami z chudego mięsa i pietruszki/
16.00 - podwieczorek. Jabłko czerwone z orzechami uprużone na patelni/bez tłuszczu i dodatków z odrobiną cynamonu/.
19.00 kolacja nie mam koncepcji może jest znalazłam – 
Pieczona kapusta mam pekińską.
~~~~~~~~~~~~~~
Piszę to wszystko, żeby się zmobilizować hi, hi i nie wycofać - tak samo było kilka lat temu z papierosami i udało się.
Wstyd by było mi przed Wami, że jestem taka niekonsekwentna.
Zobaczymy, co z tego wyniknie.
Będę przed każdym posiłkiem pić ciepłą wodę rano bez niczego, przed podwieczorkiem z kurkumą a przed obiadem z cytryną. Wieczorem tylko czystą. Jeszcze nie wiem jak często, będę brała tabletki tego jęczmienia, czekam na dostawę.
Wspomagam się, co 3 dzień witaminami dr ratha, kupiłam, więc czasem biorę. Mam też i czasem używam with Rose Hips C – 500, oraz spirulinę. Nie używam systematycznie tylko, co 2/3 dzień. Sądzę, że najważniejsze jest, by nie podjadać i utrzymać reżim godzin spożywania posiłków.
Trzeba też jeść lekkostrawne kolacje i później już nic.
No ok. to był odpoczynek między porządkami w kuchni i garażu Brrrr. Jak ja tego nie lubię. 
Jakby mi ktoś buziaka przysłał byłoby mi raźniej.

niedziela, 7 maja 2017

Rozważania przy pasztetowej

Bajsza
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
5 maja 2017
Na śniadanie dzisiaj hi, hi pasztetowa a co?
Zastanowił mnie wynik testu na symbol mojego urodzenia
 Barbara, ten symbol był z Tobą od chwili narodzin i dał Ci te cechy, dzięki którym jesteś tak wyjątkową osobą. Posiadasz wrodzone zdolności, które pomagają Ci osiągać obrane cele szybciej niż inni. Dzięki temu jesteś wzorem do naśladowania dla wielu.
 Nigdy chyba o tym nie pisałam, ale wielokrotnie zastanawiałam się nad tym i analizując różne zdarzenia z mojego życia, począwszy od chwili urodzin często myślałam o tym, że chyba jestem przeklęta.
Ktoś rzucił na mnie klątwę czy coś w tym rodzaju.
Myślałam tak po cichu, ale już, jako dziecko intuicyjnie czułam, że takie myśli należy odganiać od siebie i jak to dzisiaj się mówi „ogarnąć się”, czyli pozbierać i udawać, że nic się nie stało.

Życie już od dzieciństwa nauczyło mnie takiego hartu ducha i nie ukrywam trochę takiego cwaniactwa, dzięki któremu udawało mi się zbliżać do ludzi i zyskiwać ich powiedzmy mentalną przychylność.
Miałam świadomość już wtedy, że czasami nie jest to do końca szczere, że moje emocje są wytonowane, bo już wiem, jakie skutki będą, gdy pokażę, bez skrupułów to, co czuję.
Nikt nie lubi być np. krytykowany. Trzeba, zatem było tak z nim rozmawiać, by sam zrozumiał, że popełnia błąd, że są idee, których nie powinno się zdradzać itd.
To nie było łatwe, trzeba było znać człowieka, jego słabe strony i dzięki temu tak komponować rozmowę, by niczego nie narzucać, ale przeprowadzać własną strategię w taki sposób, krótko by bez nacisku psychicznego „było na moim”.
Nie zawsze to się to udawało, ale taki był zamysł.
Teraz to skąd się wzięła opinia, że jestem „twarda”.
Gdy zdarza się nawet wielkie nieszczęście nie rwę szat, tylko po pierwszym szoku, muszę ochłonąć jak mnie coś „mocno walnie”.
Trwa to zaledwie kilka minut w zależności od kalibru, i nawet już w czasie tego oswojenia się z tragiczną rzeczywistością, zaczynam kombinować na ile da się złagodzić ból i pokryć psychiczne a i materialne straty.
Co teraz robić dalej?
2 razy w życiu miałam taki moment, że pomyślałam sobie „wolałabym nie żyć”, niż bujać się w tym kieracie dalej.
Jednak te myśli trwały też krótko ledwie kilka chwil.
Mam świadomość, że największe nieszczęścia mnie na szczęście nie dotknęły i oby tak dalej.
Przecież i klątwa powinna kiedyś się wypalić.
Nie ukrywam, że mam w sercu kilka bolesnych „tajemnic”, których jak dotąd nikomu nie zdradziłam.
Myślę, że każdy ma takie tajemnice, które nie są jego chlubą, czasami, „stały” się bez zamierzenia a z powodu braku doświadczenia, nie czarujmy się, ze swojego rodzaju głupoty wynikającej z duchowej samotności, braku powiernika, braku wzorca itd. 
Mądrzy ludzie, gdy sobie nie radzą ze swoimi problemami, które ich dopadają, korzystają czasem z pomocy specjalisty od spraw psychiki i osobowości. 
Ja poszłam dalej. Postanowiłam sama wykształcić się na specjalistę i nie ukrywam, że wiele mi te studia dały. 
„Profilaktyka i terapia uzależnień” to był kierunek psychologii uniwersyteckiej, który pomógł mi zrozumieć siebie. 
Sama, poza papierosami i kawą nie byłam uzależniona od niczego, ale taki profil wymagał studiów nad osobowością człowieka. 
Zajęcia prowadzone były na bardzo wysokim poziomie a ja czerpałam z nich w trójnasób, bo sama wybrałam te studia, mając świadomość, że to pomoże mi pokonywać trudności. 
Zauważyłam też, że przez samotne życie w dzieciństwie, nie posiadałam umiejętności skupienia się na słuchaniu innych. 
Tak jak bardzo wielu ludzi, gdy adwersarz przedstawiał mi swoje poglądy ja już kombinowałam, co mu odpowiedzieć i umykały mi często ważne informacje, które on przekazywał. 
Skupiałam się wyłącznie na tym, by własną opowieść, tak zaprezentować, aby była piękna, mądra itd. 
Nie obchodziło mnie w sumie, co on miał mi do powiedzenia, ja przecież już miałam swoje zdanie. 
Kiedy sobie sama to uświadomiłam przeraziłam się, bo zrozumiałam, że komunikacja nawet z moimi bliskimi jest połowiczna, gdyż nie przyjmuję tak naprawdę ich argumentów. 
Wtedy właśnie zrodził się pomysł tych studiów. 
Tylko tak mogłam nauczyć się słuchać ludzi. 
Powiem szczerze do dziś czasami mam z tym kłopoty. 
Wynikają one nie ze złej woli, ale z temperamentu i bardzo rozwiniętej wyobraźni, które to nasuwają natychmiast skojarzenia i chęć natychmiastowego podzielenia się nimi. 
To zaś skutkuje tzw. „wcinaniem się” w cudzą opowieść. 
Wiem, że nie jest to ani dobre ani kulturalne. 
Mam tego świadomość, ale krew nie woda i ciągle jeszcze pozwalam sobie ponieść się emocjom – żeby życie miało smaczek.
Ile kalorii jest w 100 g Pasztetowej wieprzowa z drobiem z Biedronki?
Odp;
Kalorie:                            295
Białka:                              9 g
Tłuszcze:                          28 g
Węglowodany:                  2 g
Żeby to spalić trzeba;
Biegać 14 km/h (bardzo szybko) przez 18 minut
Pływać stylem klasycznym (szybko) przez 25 minut
Jeździć na rowerze (16-19 km/h) przez 37 minut
Chodzić 5 km/h (szybko) przez 72 minut
Leżeć plackiem przez 8 godzin i 25 minut
 pada!!!
To sobie poleżę – 
bye, bye!!!

czwartek, 4 maja 2017

W kieracie

Bajsza
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
4 maja 2017
 Matko słodka, lekko się ogarnęłam a i tak wyglądam jak czupiradło. Mam połamane paznokcie i jestem kompletnie zdechła.
Bardzo ambitnie postanowiłam posprzątać garaż.
Miałam tam porządek, ale jak zimą byłam wezwana z powodu zatkania rury, przez mojego sąsiada z góry, wkroczył do mojego garażu i zrobił w nim totalny Sajgon.
Miałam tam poukładane sporo grubych 5 cm desek i belek na ewentualny remont, bądź bardzo mroźną zimę, czy wojnę, kto to wie. Wszystko ślicznie pod ścianą, ale jemu one przeszkadzały, bo nie miał dostępu do rur, więc poroznosił po całym garażu. 
Jedna taka deska waży ok. 7 kg 
musiałam nie tylko je pozbierać, ale ułożyć w miarę stabilnie na drewnie opałowym, czyli na wysokości ok. 170cm w górę. Po prostu padam.
Deski ułożyłam belki też – te jeszcze cięższe od desek i postanowiłam zrobić sobie przerwę.
Trzeba będzie woła, żeby zagnał mnie do dalszej pracy a jest jeszcze tam sporo do zrobienia.
Póki, co kawa i lekka drzemka, wstałam po 4 godzinach snu o 6 tej i zwyczajnie wolę spać niż tyrać w garażu.

No i o 16 tej zmobilizowałam się ponownie, garaż był miejscem przechowywania różnych kartonów, pism nieprzeczytanych i różności, trzeba to wszystko przejrzeć, część wyrzucić a resztę porządnie poukładać. Zajmuje to sporo czasu, więc mam pracę jeszcze na jutro. 
Sama nie wiem, po co myłam wczoraj włosy.
Wracam z garażu utytłana jak półtora nieszczęścia. 
Dzwonił dzisiaj do mnie mój kolega fotograf. Ponawiał zaproszenie, kto wie czy jak już będę tą robotą wykończona, nie zdecyduję się na wyjazd. 
Tym bardziej, że mojemu Inspiratorowi coś w ten weekend wypadło i w następny chyba też, więc nie wiem czy będzie mi się chciało samej siedzieć w domu i wojować cały czas z porządkami – wiadomo nie cierpię sprzątania, więc gotowa jestem zrobić wszystko, by się od niego wymigać.
W tygodniu normalka, można się zmobilizować, ale w weekend, żeby siedzieć i sprzątać jak tyle rozkosznych rzeczy można robić, to jest po prostu zboczenie.
Gdyby mój kolega fotograf widział mnie dzisiaj przy pracy pewnie wycofałby się z tego zapraszania. Muszę na dzisiaj skończyć, bo wątroba zaczęła mnie boleć. Nadźwigałam się tych desek i belek i to są skutki. 
Idę odpocząć. Zrobię sobie 2 kawkę i pomarzę a co? 
Jeszcze nie wiem, o czym.

środa, 3 maja 2017

Dawnych wspomnień czar....

Bajsza
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
~~~~~~~~~~~~~~
3 maja 2017
Było naprawdę super, hotel „Złoty młyn” najfajniejszy ze wszystkich dotychczasowych hoteli.
Apartament bardzo wygodny i dość gustownie urządzony. 


Jedzenie w porcjach ogromnych – jak dla tirowców – nie do przejedzenia. 
Atrakcje – kręgle nie graliśmy, była jeszcze sala gier, ale nie 
odnaleźliśmy jej.
Pierwszy dzień pogoda kiepska, ale później cudownie.
Mój inspirator jak zawsze słodki. Dobrze mi z nim, wypoczywamy wspólnie i to jest bardzo miłe. 
Drugiego dnia pojechaliśmy do Bogusławic na zawody 


i do Wolborza – odnowić wspomnienia z dzieciństwa. 
Wolbórz jest miejscem, w którym spędzałam, co roku wakacje od 8 roku życia do 18
Moja ciocia organizowała tam obozy sportowe dla Liceów Pedagogicznych ja zaś jeździłam z nią, jako wolny strzelec – znaczy nie zmuszana do uczestniczenia w żadnych zajęciach sportowych, ale chętnie przyłączająca się do grup, gdy jakieś zajęcia mnie zainteresowały. 
Wśród kadry oprócz cioci, która była zawsze naczelnym hi, hi wodzem, byli najlepsi nauczyciele i trenerzy z całego województwa łódzkiego. Niektórych nazwiska pamiętam do dzisiaj. Jackowscy, żona i mąż ze Zduńskiej Woli czy Łasku, p. Krysia nazwiska nie pamiętam, Pan Jurek Sroka mój późniejszy trener lekkoatletyczny. Pan Szklennik chyba z Łodzi. Gimnastyk, który potrafił na sali gimnastycznej robić takie ćwiczenia, że mnie małemu dziecku dech zapierało w piersi. Sala gimnastyczna w Wolborzu była z prawdziwego zdarzenia, miała podwieszaną równoważnię i kółka. Przypominała sale Sokoła. Ja nigdy wcześniej takiej sali nie widziałam, więc chętnie zakradałam się do niej, gdy nie było zajęć i uczyłam się skakać przez skrzynie i kozła, gramoliłam się na równoważnię i uczyłam się po niej spacerować. 
Chodząc po dziedzińcu wolborskiego Pałacu – dawnej siedziby Biskupów Kujawskich przypominały mi różne zdarzenia. 
To był taki powrót po latach w świat dzieciństwa. 
Od czasu ostatniego mojego wakacyjnego pobytu w Wolborzu byłam tam przynajmniej kilka razy. 
Jest to miejsce zaczarowane, które rozbudza dawne emocje. 
Nigdzie chyba w czasie wakacji nie czułam się tak dobrze jak tam. Pamiętam Elę, córkę dyrektora ówczesnego Liceum Leśnego, które w ciągu roku mieściło się w kompleksie pałacowym. 
To Ela pierwszy raz, gdy miałam 9 lat pokazała mi bogusławickie ogiery i ona namówiła swojego trenera, by nauczył mnie za oporządzanie koni jazdy na jednym. 
Był bardzo spokojny/ogier/ i chyba na emeryturze, co mu kiedyś strzeliło do łba, że wyrwał się ze ścieżki do lasu a mnie wysadził z siodła tego nikt nie odgadł. 
Suma sumarum skończyło się to w Pogotowiu piotrkowskim, gdzie chirurg przez 2 godziny wyjmował mi żużel z pleców. 
Na szczęście nie zostały żadne ślady. 
W sumie nie miało to zdarzenie wpływu na mój pociąg do koni.
Każdego roku wyrywałam się do Bogusławic, nawet wtedy, gdy Ela wróciła z rodziną do swego ukochanego Sopotu ja dalej chodziłam jeździć na koniach. 
Koniki zaś inspirowały mnie od czasów Wolborza zawsze jako modele do moich zdjęć.
Później kupiłam sobie kompletny strój amazonki i choć nie startowałam w zawodach czułam się rodziną 
bogusławskich koniarzy.
Cudownie było to wszystko sobie przypomnieć raz jeszcze. Musieliśmy wrócić, bo mój przyjaciel 2-ego szedł do pracy. 
Chętnie zostałabym tam dłużej. 
+
Najcudowniejszy sen na świecie
Poszłam jeszcze sobie pospać i miałam sen o rany, ale cudny. Byłam w Warszawie na castingu fotograficznym.
Jakaś firma zaproponowała fotografom casting, dla tych, którzy potrafią zrobić w trudnych warunkach najfajniejsze zdjęcia. Spotkałam kilku znajomych fotografów, przeszliśmy 1 etap kwalifikacyjny i dostaliśmy zadanie.
Mieliśmy sfotografować narciarzy w czasie jazdy z góry.
Jakaś góra była pod Warszawą i tam wszystko miało się odbyć. Dostałam tylko buty narciarskie, takie raczej do biegówek, rower i mapkę na zdjęciu do telefonu. Wsiadłam na rower i pojechałam, bo za 3 godziny miałam na AWF-ie wykład z psychologii a wykładowca odnotowywał obecności.
Byłam spokojna, bo 2 raz studiowałam tak mi się te studia podobały, że mogłabym tam studiować kilka razy.
W jednym z moich snów poszłam drugi raz na studia nikomu nie przyznając się, że mam już je skończone.
Miałam mieć tego dnia wykład, więc musiałam się spieszyć.
Nic na tym castingu nie powiedzieli, o co konkretnie chodzi. Tylko, że wszystko, co nas zaintryguje mamy fotografować a zdjęcia przesłać do następnego dnia na mailowy adres firmy z nickiem a nie nazwiskiem.
Ruszyłam na rowerze w tych butach narciarskich, co było robić. Trasa prowadziła z górki i po jakichś schodach, więc trzeba było uważać, żeby sobie zębów nie wybić i aparatu nie rozbić.
Gdy tylko skończyły się schody szli goście weselni i młodzi z obu stron z trudem można było ich minąć.
Zrobiłam kilka zdjęć, bo kto dzisiaj puszcza przez wieś takie weselne orszaki.
Wyglądało, że dojechałam na peryferie Warszawy.
W oddali majaczył wyciąg narciarski, ale wyglądało na to, że stał.
Cała okolica była zasypana śniegiem narciarzy nie było widać. Skoro już tu jestem. Może tam na górze mają dla mnie narty pomyślałam.
Postanowiłam w tych butach narciarskich wspinać się po drewnianych schodach.
Kto widział mnie jak po tym zeszłorocznym wypadku z tramwajem szarżuję na schodach wie doskonale, czym było dla mnie to poświęcenie.
We śnie na szczęście kolana nie bolały a adrenalina rosła. Schody były bardzo wysokie tak mniej więcej jak, na co najmniej 9 piętro całe ośnieżone. Jedyne ułatwienie stanowiły takie jakby worki na kapcie przywiązane do prętów poręczy. Na schodach kłębił się wręcz tłum młodzieży i dzieciarni, ludzi w moim wieku nie było wcale.

A ‘propos wieku to sądzę, że chyba miałam z jakieś 10 lat mniej w tym śnie. To też jest zaletą snów, że wiek w nich dostosowuje się do okoliczności. Dziwne, bo jak mi się śni, że fruwam, to zawsze jestem w wieku dziewczęcym i mam białą długą koszulinę do kostek – taką jak nocną z długimi szerokimi rękawami, które na wietrze imitują skrzydła. Tym razem byłam w cienkiej krótkiej puchowej kurteczce takiej jak ma mój przyjaciel. W ekrii spodniach i podobnych butach narciarskich, poza kostkę, ale o wiele lżejszych niż moje kneissleye buty zjazdowe. W końcu wskrobałam się na szczyt i tu zaczyna się to, co najpiękniejsze. 
Bez nart w samych butach zjeżdżałam długimi łukami, pokładając się wręcz w dół. Zapomniałam, robić zdjęcia. 
Jazda na nartach a nawet bez nart jak się tak da jest jak narkotyk. Zjechałam praktycznie pod bramę AWF – oczywiście spóźniłam się na wykład. Opowiedziałam profesorowi moją przygodę, ten tylko westchnął i uśmiechnął się – też pewnie wolałby zjeżdżać z góry niż siedzieć na wykładzie a za oknami wiosna a nie zima. 
Skręca mnie w żołądku trzeba pomyśleć o jakimś obiedzie, a miałam pracę w garażu zrobić.

Archiwum bloga