poniedziałek, 9 listopada 2015

8 z 17 Istnień ćd

Istnienie 8
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Rozdział 3
˜˜*°°*˜˜
9 listopada.
Ćd
 Turnus w Dusznikach trwał miesiąc i 14 dni pamiętam to jak dzisiaj, zresztą mam wszystko naskrobane w pamiętniku, który już wtedy pisałam. Prewentorium zwykle było dla gruźlików, wtedy trwało 3 miesiące, ale my nie byłyśmy chore – tylko sądzę, że szkoła dostała z tzw. „puli” miejsca i trzeba było albo je oddać innym albo znaleźć dziewczyny, które rodzice same zechcieliby wysłać tak daleko.
Rodzice zapewne mieli różne powody, żeby na prawie półtora miesiąca pozbyć się czasami niesfornego dzieciaczka.
Trudno czasami się im dziwić. 
Ze mną było nieco inaczej, ale kogo tu to obchodziło.
Problem był z tą Komunią tym bardziej, że wtedy już religię w szkołach zlikwidowano i jedyną, w której jeszcze się odbywała w budynku szkolnym była S.P nr 9, gdzie moja ciocia korzystała z sali gimnastycznej, bo w ogólniaku, w którym wtedy pracowała nie było sali do wf.
Ciocia zapisała mnie na religię do „9 tki” i guzik wszystkich obchodziło, jaki jest mój stosunek do wiary i religii.
Miałam iść do Komunii i basta – nie oponowałam za długo, bo bardzo mi się podobał biały komunijny strój. 
Raz w życiu mogłam wyglądać jak księżniczka i tylko z tego powodu usiłowałam nauczyć się tego katechizmu. Miałam super pamięć, ale sama nie wiem, dlaczego za Chiny ludowe nie mogłam zapamiętać tych wszystkich modlitw, przykazań i innych niezwykle ważnych spraw.
Szło mi to za przeproszeniem jak przysłowiowa krew z nosa.
Do tego czułam się zdrajcą, bo z Januszkiem ustaliliśmy w wieku 5 lat, że Bóg nie istnieje. To był poważny dylemat małej księżniczki, na którą pewnie już czekała przecudna suknia z nylonowej gipiury ze skrzydłami jak u motyla, cudowne niemieckie buciki z białego zamszu kupione w komisie. Fantastyczna torebka od Bata ze srebrną klamrą, szyfonowe rękawiczki, delikatnie różowa haleczka z koronką – takie cudo widziałam pierwszy raz w życiu i do niej podobne majtaski. Białe fantastyczne rajstopy, kupione przez panią Tinę na Targach Poznańskich, od kogoś chyba na lewo.
Pamiętajcie, że wtedy w sklepach prawie nic dla dzieci nie było – nie to, co teraz. 
Na Komunię strój kupowało się zwykle z rocznym wyprzedzeniem. 
To niesamowicie mobilizowało do nauki tego katechizmu, – ale we mnie chyba jakiś diabeł wstąpił albo, co, bo za cholerę nie mogłam tego wszystkiego opanować.
Czułam już w Dusznikach, że obleję ten egzamin a do tego mieliśmy okropnie jędzowatą siostrę w tej „9 tce”.
Kiedy wróciłam cała jeszcze w skowronkach z Prewentorium, gdzie nasz pan wychowawca był prawdziwym aniołem, siostra z „9 tki” przy całej klasie zrobiła mi egzamin szydząc boleśnie z mojej kompletnej nieznajomości Katechizmu.
W sumie niektóre rzeczy tak swoimi słowami wiedziałam, ale ona żądała recytacji na pamięć słowo w słowo i śmiała się ze mnie spod grubych szkieł okularów - najmocniej jak się na dobre zacięłam. 
Tak mnie wtedy sponiewierała, że się rozryczałam i nim uciekłam z klasy usłyszałam, że do Komunii nie będę DOPUSZCZONA w tym roku.
Taka zryczana oczywiście pobiegłam do cioci – widziałam jak się wściekła gdy łkając zdałam jej relację z egzaminu, choć bardzo to ukrywała tym bardziej, że miała właśnie lekcję. 
Powiedziała mi tylko, żebym nie płakała, że ona załatwi to inaczej. No i załatwiła przez proboszcza. Nie musiałam zdawać żadnego egzaminu i do Komunii byłam hi, hi „dopuszczona”. 
Inną sprawą było to, że się tak z tego wszystkiego rozchorowałam - miałam prawie 40 st. gorączki, ale u Komunii byłam, choć ledwo trzymałam się na nogach. Do tego hostia przykleiła mi się do podniebienia zaklejając mi przełyk i mało się nie udusiłam.
………………………………
Przypomniała mi się wtedy moja obietnica, że zapiszę się na gitarę – uznałam, że coś fajnego po takiej traumie mi się należy.
Później, gdy nauka gry na gitarze szła mi jak ta nauka katechizmu do tego instruktor Pomaz był złośliwy jak ta siostra z „9 tki”, gdzie definitywnie porzuciłam lekcje religii zaraz po Komunii, pomyślałam, że to chyba przysłowiowa kara boska.
Po ponad pół roku barowania się z chwytami gitarowymi niestety zrezygnowałam z wielkim smutkiem. Musiałam też oddać wypożyczoną z Domu Kultury gitarę a szkoda, bo może sama nauczyłabym się więcej niż na tych piekielnych zajęciach.
………………………………
 Znów wróciłam do swojej samotni i książek. Woźny przynosił mi książki, które były zakazane przez cenzurę i wtedy przeczytałam; Heleny Zakrzewskiej „Białe róże”
O pochodzie Armii Sowieckiej na Warszawę.
O tym jak ciotki chcąc chronić dwójkę osieroconych dzieci wysyłają chyba Wandzię do dworku wuja, a Janek, jako skaut zgłasza się do służby w łączności, gdzie miał działać na zapleczu frontu.
Nikt się nie spodziewał, że dzieci staną na wprost barbarzyńskiego wroga, zobaczą śmierć, okrucieństwo i przemoc, mając w ręku jedyną broń, którą była miłość do ojczyzny.
Pamiętam, że czytałam ją z zapartym tchem. Później babcia jeszcze sporo mi w wolnym od pracy czasie opowiedziała. Pamiętam jak zeszła do piwnicy podziękować woźnemu, że znalazł dla mnie taką ładną i patriotyczną książkę.
Jego to bardzo podkręciło i za kilka dni przywiózł inną.
Mari Bujno-Arctowej, nie wiem czy nie zmieniłam nazwiska - tytuł; Ojczyzna
Książka pokazywała jak ratowana była poćwiartowana przez zaborców ojczyzna - wskazując odwiecznych wrogów - Niemców i Rosjan. Pamiętam, że było tam napisane, że największym wrogiem Polski był, jest i będzie Niemiec. W Kraśnikach, w których działa się akcja czekano z trwogą na Moskali lub Niemców. Polacy uważali, że Oni byli szkoleni do systematycznego obrabowywania Polski ze wszystkiego, co się im nawinęło pod rękę. Na dodatek akcja dzieje się we dworze, który z wiejską chatą szedł ręka w rękę, wzajemnie sobie pomagając w końcu oddany na pastwę zbliżającego się komunistycznego okrucieństwa.... Książka opowiadała o losach braci, którzy próbowali ratować ojcowiznę. 
Młodzi Kraśniccy z Kraśnik w czasie zawieruchy wojennej szukali rodziców, czytająca wówczas mała Basia widziała opisane obrazy kolejno pojawiających się oddziałów i zastanawiała się, którzy byli bardziej bezwzględni i okrutni - Moskale czy Prusacy. Pamiętam, że po tej książce nie chciałam więcej czytać o wojnie, ta była dla mnie za poważna.
Było mi źle, że młodzi ludzie byli narażeni na takie przejścia, ale te książki pokazały mi, że brak rodziców nie jest największym nieszczęściem i że trzeba sobie jakoś z nim radzić. 
………………………………
Wtedy to woźny przyniósł mi „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej autorstwa chyba Pawła Hulki-Laskowskiego. Woźny wieczorami czytał mi ją i zaśmiewaliśmy się oboje do łez.
Jak się zmęczył ja czytałam i było wtedy jeszcze więcej śmiechu. Kiedyś babcia przyszła po mnie do piwnicy, żeby zabrać mnie już do domu i jak schodziła po schodach nie wiedziała, z czego my się tak zaśmiewamy. 
Pamiętam, że usiadła z nami i jakiś czas śmialiśmy się w trójkę z czytanej książki. Było super.
………………………………
 Raz w roku babcia zatrudniała fotografa pana Kabzę, który robił zdjęcia wszystkim dzieciakom, personelowi i ich dzieciom – /te zawsze w ten dzień przychodziły do przedszkola/, bez względu na wiek. 
Ja po lewej.
Nie uwierzycie. Babcia jak poszła na emeryturę zabrała z przedszkola 4 ogromne kartony samych zdjęć.
Niestety, przez moich braci prawie wszystkie spaliły się w komórce. Ocalały właściwie tylko te, które ja wcześniej zabrałam.

niedziela, 8 listopada 2015

8 z 17 istnień

Istnienie 8
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Rozdział 3
˜˜*°°*˜˜
8 listopada.

Dzisiaj, gdy patrzę na to zdjęcie z 2 chyba klasy i przypominam sobie nazwiska osób na nim, to zaledwie niektórych kolegów dziś rozpoznaję. Krzysiek Konc u góry od lewej rudy, który ciągle mnie szarpał, popychał i Bóg wie, co – taki klasowy mój oprawca. 
Drugi Bardczak nie pamiętam imienia, trzeci od lewej Zbyszek Baranowski fajny, kiedyś malował mi mieszkania – trafił do mnie po latach przypadkiem. Następny Pietrzak nie pamiętam jak miał na imię. Ten wielki to chyba Fabian nie pamiętam nazwiska. Ci mali po prawej nie pamiętam. Poniżej Piernicki sam w jednoosobowym rzędzie. Poniżej Pietrzaka Iwonka. W tym samym rzędzie od prawej 2 chłopak to Florek Wlaźlak nasz były Prezydent miasta. W środku fotki najwyższa Hanka córka szewca moja niby kumpela. Spotkałyśmy się po latach w tym samym dniu w szpitalu urodziłyśmy ja córkę ona chyba chłopaka. W końcu obok niej po prawej najmniejsza Sabina. Obok niej Lenka Rychter w kuckach po lewej ja i obok Mira Śliwińska w środku Ewa córka wychowawczyni Obok niej po prawej Halinka Kubiaczyk i po prawej Ewa Szymańska. 
Ja, jako jedyna miałam fartuch z tak zwanej zerówki a nie z podszewki – byłam z tego bardzo dumna. 
Nie bardzo lubiłam kolegów z klasy. Oni za mną też nie przepadali, byłam dla nich chodzącą tajemnicą. 
Babcia zabroniła mi przyprowadzać kolegów czy koleżanki do przedszkola. Miała rację, bo wygłupiali się zwykle i park przedszkolny byłby pewnie dla nich miejscem ich wygłupów. Nie miałby, kto ich doprowadzać do porządku, więc ja, jako grzeczna w sumie dziewczynka nikogo nie przyprowadzałam.
Czasami byli tacy, którzy mieli młodsze rodzeństwo w przedszkolu i przychodzili po nie, ale nawet wtedy unikałam z nimi kontaktów, nie chciałam, żeby ktokolwiek musiał na mnie skarżyć babci. 
Jak chciałam się z nimi spotykać robiłam to poza przedszkolem. Wiadomo, że takie moje zachowanie powodowało, że koledzy uważali, że jestem zarozumiała i chronię swój intymny świat. 
Tak zresztą było nie chciałam, żeby ktokolwiek znał moje tajemnice, bo wiedziałam, że i tak to wcześniej czy później użyją przeciwko mnie. 
Byłam dość zdolna nie musiałam się za dużo uczyć, miałam świetną pamięć jak raz coś przeczytałam pamiętałam szczegóły. Wiele rzeczy znałam z innych niż szkolne książek i z obserwacji. 
Mało, kto przebywał tyle na drzewie i nie wielu znało tyle owadów ile mnie udało się poznać. Byłam dociekliwa nawet jak sama nie wiedziałam łapałam owada w pudełko od zapałek i woźny mi o nim mówił wszystko, bo był rolnikiem i znał też się na różnych żyjątkach. Byłam bardzo dobra z wf – u. Lepsza ode mnie była tylko Ewa Szymańska rozpieszczona córeczka majora Wojska Polskiego. 
Ewie wszyscy wszystkiego zazdrościli, chodziła pięknie ubrana, nie wiem czy kolegowała się z dziewczynami, wiem, że chłopaczyska za nią szaleli. 
Wtedy była podziwiana - jako dorosła niestety chyba o wiele mniej. Myślę, że już sporo po szkole miała kłopoty z alkoholem, ale to naprawdę o wiele później. 
Ja zaś w 2 klasie zostałam arborystką, – czyli taką, co łazi po drzewach i patrzy, co im dolega. Konkretnie to dbałam o jedno drzewo i fajnie – miałam coś swojego.
W drugiej klasie, kierowniczka szkoły znów chyba po znajomości/była koleżanką cioci/ wysłała mnie w czasie roku szkolnego do Prewentorium do Dusznik Zdroju. Tym razem nie mogłam narzekać, bo wysłano tam dzieci dość znanych i szanowanych osób. Była tam ze mną córka pastora parafii ewangelickiej Kral nie pamiętam imienia, córka chyba dyrektora Banku Ulka Witkowska i jeszcze dziewczyny z innych szkół.
Ja na tle drzwi - jedyna grzeczna dziewczynka, ha, ha. Ulka to ta w 2 ławce w okularach i przyciasnym sweterku.
Matko słodka, co tam się działo o tym może innym razem.
Ćd
32 sztuki dziewczyn z różnych szkół, daleko od domu, bez opieki znajomych dorosłych – do tego z 2 klasy, gdzie żadna nie umiała porządnie zapleść warkoczy, wyprać majtek a pralek nie było, czy umyć się dobrze. Wiadomo, każda wstydziła się rozebrać. Jak sobie przypominam, jakie cyrki się odbywały przed snem to nie jeden horror by wymiękał.
Mieszkałyśmy w pokojach na piętrze. Wszystkie pokoje były połączone wspólnym balkonem. Spałyśmy oczywiście jak udało nam się wszystkim zasnąć po 4 w pokoju. Ja byłam w pokoju z Ulką, chodziła do innej szkoły, ale mieszkała 4 domy ode mnie. Wcześniej znałyśmy się z widzenia.
Miała lekkiego zeza i jedno oko zielone a drugie niebieskie już tylko z tego powodu dla mnie była jak bohaterka "Hamiduru" Alicji Romaszkan – dla niewtajemniczonych/mądra i zabawna opowieść o pewnym starym, złośliwym czarodzieju, który porwał małą księżniczkę, a potem zgubił różdżkę czarnoksięską i musiał bez jej pomocy borykać się nie tylko z codziennością, ale - co najważniejsze - z wychowaniem małej dziewczynki/. Nocą jak już gasili światła wymyślałyśmy z Ulką różne niestworzone i koszmarne historie. Miałam smykałkę do fantazjowania i takich strasznych opowieści; typu stara kucharka nocą zakrada się nad strumień, gdzie ma zamontowane w krzakach specjalne sidła, w które łapie szczury, patrzcie przez okna jak będzie z nimi przed północą wracała ciągnąc je za sobą na grubym zardzewiałym drucie.
Jutro znów na obiad będą mielone kotlety z tych szczurów. Matko jedyna żadna dziewczyna u nas nie spała a i w innych salach wszystkie czaiły się pod oknami do północy, bo wiadomo – jedna poszła siku wpadła do sąsiedniego pokoju powiedzieć koleżance i straszliwa wieść się rozniosła.
Najgorsze było to, że nikt nie chciał jeść kotletów mielonych ani zresztą, żadnych innych.
Nie uczyłam się katechizmu a miałam mieć po powrocie z niego egzamin, bo Komunia była za pasem a ja przez to Prewentorium opuszczałam lekcje religii. Wymyślałyśmy z Ulką te koszmarne historyjki. Ulka nawet, mimo, że te różnokolorowe oczy były jej kompleksem zgodziła się powiedzieć o tym, że Hamiduru okrutny chciał ją zmienić w albinoskę i mu nie wyszło a później wiadomo los go za karę doświadczył, odebrał mu różdżkę i póki jej nie znajdzie ona biedna musi z takimi oczami chodzić.
Dziewczyny w większości się nas bały. Czasami jedna z nas właziła pod kołdrę i zapiszczała jak myszka czy szczurek, od razu wszystkie zaczynały piszczeć jak opętane i przybiegał nasz pan wychowawca, kompletnie przybity hecami, jakie robiłyśmy. Był cierpliwy i spokojny, ale w końcu zaczynał nam obiecywać jakieś kartkówki z matmy albo dyktanda. Nigdy nie mógł dojść do tego, kto prowokował te wszystkie zdarzenia. Ja jak dzisiaj wspominam tamten czas, to sądzę, że w końcu w nowym środowisku miałam okazję wykazać się pomysłowością i odbić sobie za czasy, gdy byłam gnębiona z powodu braku rodziców. Tu w pewien sposób wszystkie byłyśmy sierotami. Po 2 tygodniach, gdy prawie wszystkie chodziły totalnie wystraszone i z podkrążonymi oczami z niewyspania – stała się rzecz, której nikt nie przewidział. Nasz repertuar z Ulką kończył się inne dziewczyny zaczynały wymyślać i my zasypiałyśmy przed północą, bo wiedziałyśmy, że wszystko to, co się działo jest jakby pokłosiem naszych wymysłów i oczywiście nie ma się, czego bać. To też jak Ulka obudziła mnie w środku nocy drżącym głosem dukając Basia, obudź się duch po nas przyszedł, najpierw myślałam, że mi się śni. Kołdrę naciągnęłam na głowę, ale ona ściągnęła kołdrę ze mnie prawie płacząc dukała dalej blada w poświacie księżyca Basia duch!!!
Otworzyłam oczy a ona z całej siły uszczypnęła mnie w rękę – nie śpij chodź do okna, – bo już przeszedł. Moje łóżko stało, jako 2 od oszklonych drzwi na balkon. Ulki stało najbliżej. Nie miałyśmy zegarka, ale wyglądało jakby niedługo miał być świt – wszystko było takie szaro błękitne ciemne i tylko, co jakiś czas przez mgłę przebijała się rozmazana kula księżyca na niebie. Mgła była spora, bo nawet barierka balkonu zdawała się być lekko rozmazana a przecież była nie dalej jak 2 m od drzwi. Nie ma nikogo, co Ty gadasz? Bo przeszedł za róg domu. No to, co mamy iść na balkon i sprawdzić? Czekaj założę, choć lacie. Ja się boję wydukała Ulka. Wciągnęłam lacie i wyszłam na balkon ja się duchów nie bałam doszłam do końca ściany zerknęłam nikogo nie było. Nikogo nie ma wyszeptałam. Ulka pomachała mi ręką, żebym poszła dalej. Zimno było jak psi a ja tylko w piżamie ostygłam, ale czego nie robi się dla przerażonej kumpeli. Poszłam do końca kolejnej ściany, ale nim doszłam usłyszałam wrzask Ulki jakby ją ten duch obdzierał ze skóry. Oczywiście w mgnieniu oka obudzili się wszyscy z wychowawcą na czele. Co gorsza okazało się, że ja stałam właśnie na balkonie przy jego pokoju. O czym nie miałam pojęcia. Co się okazało, że jedna z dziewczyn lunatykowała. Jak Ula zaczęła wrzeszczeć weszła do naszego pokoju położyła się na Ulki łóżku i spała sobie jakby nic się nie stało. Wychowawca ją obudził, zabrał od nas. Co dalej było nie wiem, bo tylko powiedział do mnie „Jutro sobie porozmawiamy a teraz marsz spać”. Potulnie wszystkie poszły do łóżek, choć my zasnęłyśmy dopiero jak już trzeba było wstawać. 

Wszystkie dziewczyny ze mną również uwielbiałyśmy naszego wychowawcę z Prewentorium. Mało nam zadawał, prawie wcale, był bardzo wyrozumiały opiekuńczy, opowiadał różne fajne historie z wcześniejszych turnusów. Mówił, że możemy być tu na luzie tylko musimy uważać, żeby sobie lub innej osobie nie zrobić krzywdy - no i prawie ciągle był z nami. Zabierał nas na lekcje w plenerze, co w tamtych czasach było nam zupełnie nieznane. Cudnie opowiadał o drzewach, ptakach, zwierzętach i historii Dusznik. To nie była normalna szkoła, tylko taka, jaką każdy uczeń może sobie wymarzyć. Fajne było też to, że jak prowadził nas do biblioteki umiał każdej doradzić, jaką książkę pożyczyć i prawie wszystkie znał.

W sumie trochę mi było głupio, że przyłapał mnie wtedy w nocy na balkonie pod jego oknem. Jednak powiedział, że dobrze, że żadna z nas nie spadła i nic się nam nie stało. Tę zaś lunatykującą dziewczynę rodzice musieli zabrać wcześniej. Bał się, żeby sobie nie zrobiła krzywdy. Ja wcześniej myślałam, że z lunatykami to są bujdy, ale wtedy okazało się, że to naprawdę się zdarza. Nasz wychowawca fajnie grał na gitarze i uczył nas śpiewać. Wtedy zamiast uczyć się tego katechizmu pożyczyłam w bibliotece książkę o chwytach gitarowych i obiecałam sobie, że jak wrócę do domu zapiszę się do Domu Kultury na naukę gry na gitarze.
Będę tu dopisywała ćd więc zaglądaj

piątek, 30 października 2015

17 Istnień

Istnienie 7
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Rozdział 2
˜˜*°°*˜˜
30 października. 
Ćd  
Uczennica z pierwszej klasy
Czemu 17 istnień, każdy rok w moim życiu był jakby nowym istnieniem.
Każdego roku uczyłam się czegoś nowego – doświadczałam – czasami były to bolesne doświadczenia, jakby naznaczone wcześniejszym okresem bardzo bolesnych strat.
Czasami były to zabawne chwile pełne dziecięcej beztroski – niewymuszone jakimkolwiek nakazami. Pierwsze 6 lat były latami pozornej opieki. Babcia nie czuła się za mnie odpowiedzialna, bo mama mieszkała z mami, ale niestety jej udział w faktycznej opiece nade mną był raczej symboliczny. Tak naprawdę najwięcej czasu spędzałam z Januszkiem

Dianą
Często zwracam na to uwagę, że babcia JAKBY/celowo tak to napisałam/nie uczestniczyła w moim wychowaniu, ale wbrew pozorom dawała mi cudowny przykład swoją osobą. Pokazywała mi zdjęcia rodziców takie jak to 
i zawsze dobrze o nich mówiła.
Pokazała mi, jak realizować marzenia, co to jest umiejętność pozyskiwania ludzi w sposób przyjazny do naszych działań. Pokazywała, czym jest pasja i jak ona nas uskrzydla. Nauczyła mnie zaufania do świata i ludzi.
Dawała mi wędkę i ode mnie zależało, co ja z nią zrobię.
Miała też wady oczywiście, brakowało jej czułości, wylewności, nie okazywała smutku, otrząsała się i żyła dalej nawet przy niepowodzeniach. Bez trudu przychodziło jej rozstawanie się ze zwierzętami.
Miała jednak serce na dłoni dla wszystkich, którzy tego potrzebowali - zawsze, ale nie rozczulała się.
Jeśli dziś miałabym porównać dwie siostry ciocię i babcię, /które notabene się nie lubiły, choć ciocia bardziej niż babcia/, pewnie nie powinnam tego robić – może, zatem tak to zrobię.
Babcia była bardzo szczera, niczego nie udawała a przede wszystkim/chyba/niczego nie robiła z wyrafinowania.
To warto przeczytać;

Nie chodziło jej o to by zapewnić sobie prywatnie jakieś korzyści z tego, co robiła dla innych.
Nie oczekiwała wdzięczności, nie wymuszała jej fochami.
To tak ogólnie.
Nie kalkulowała, co będzie jak zrobi to czy tamto.
Szanowała każdego człowieka, nawet menela z każdym porozmawiała kulturalnie jak ją zagadał. Nigdy, przenigdy nie gardziła ludźmi zawsze tłumaczyła ich niepowodzenia, uważała, że każdy nawet jak upadnie może się podnieść i zabłysnąć jak gwiazda. Wierzyła w człowieka i nigdy przy mnie nie mówiła, że ktoś jest wredny, że próbuje mnie oszukać, czy wykorzystać. Czasami mówiła jakieś takie swoje powiedzenie i dawała mi szansę bym rozwijała swoją inteligencję.
W sumie rozmawiałyśmy praktycznie tylko w soboty i niedziele, gdy nie pracowała. Piekła wtedy dla mnie kruche ciasteczka – sama ich nie jadła. Mama jak jeszcze była zachowywała się trochę jak rozpieszczona nastolatka, której wciśnięto na siłę opiekę nad młodszą siostrą.
Od czasu, gdy mama wyjechała ciocia przychodziła do nas zawsze z fajnymi prezentami dla mnie. A to kupiła mi narty, później łyżwy. Uszyła piękne aksamitne chabrowe sukienki dla mnie i kuzynki, przywiozła mi duży rower. Nie mogę powiedzieć dbała o mnie i mój sportowy rozwój. Może też chciała złagodzić mój ból po stracie mamy. Uważała, że prezenty będą takim substytutem miłości.
Od pierwszej klasy podstawówki zabierała, mnie, co roku na wakacje
i jeździła ze mną na miesiąc do mamy do Dziwnowa. Miałam to wszystko, ale dalej nikt ze mną nie rozmawiał tyle ile bym chciała, nie czuł potrzeby, żeby mnie przytulić a tym bardziej powiedzieć mi, że mnie kocha.
……………………..
Powiesz jak się kogoś nie kocha to się nie robi dla niego tego wszystkiego.
Byłam sierotą, moi koledzy często mi to przypominali, potrzebowałam czułości jak każde pisklę.
Potrzebowałam skrzydła tej kwoczki, która przygarnęłaby mnie i pokazała, gdzie jest ciepło.
Nie uwierzysz chciałam usłyszeć bicie serca drugiego człowieka. Oddałabym i rower i te narty za pocałunek i przytulenie i powiedzenie.
Jesteś dla mnie, najważniejsza – kocham Cię.
Oczywiście, każdy powie „a Hanka Twoja koleżanka, miała ojca szewca, który pił i lał ją szewskim pasem codziennie”. Nie wiem, czy gdziekolwiek jeździła na wakacje. To prawda – nie miałam najgorzej ja to wiem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdyby mój ojciec nie umarł, też rozpiłby się i stoczył i kto wie jakby mi wtedy było.
Jednak moja rodzina, to byli ludzie światli, wykształceni. Ciocia bardzo przywiązywała wagę do tego czy ktoś jest inteligentem czy „Burkiem”, kiedyś tak o kimś powiedziała. Z Burkiem, nie należało się zadawać mogły z tego wyniknąć tylko nieszczęścia. Ona nawet rozmawiać nie chciała z prostymi ludźmi.
Czasami musiała, jak przychodzili do szkoły dowiedzieć się o postępy w nauce swoich dzieci, wtedy zawsze była wkurzona.
Ja początkowo myślałam, że jak będę dla wszystkich bardzo grzeczna, to oczywiście ZASŁUŻĘ na profity. Może mnie ktoś przytuli, da cukierka czy zwyczajnie uśmiechnie się do mnie. Pierwszy rok po wyjechaniu mamy, stracie Januszka i Diany był straszny, ze względu na szkołę i moich niby kolegów. Ciągle zadawali mi pytania, na które nie chciałam i nie umiałam odpowiedzieć. Jedno wielkie, DLACZEGO. Koleżanki odsuwały się ode mnie, koledzy wyśmiewali mnie. Kierowniczka szkoły chciała dobrze zawołała mnie do siebie i kilkoro innych dzieci i uraczyła nas takim tekstem. Jesteście albo sierotami, albo półsierotami, albo pochodzicie z domów, gdzie się nie przelewa. Komitet Rodzicielski ufundował Wam prezenty. To było jakoś w 1 klasie przed gwiazdką. Do naszej szkoły chodziły też dzieci z Domu Dziecka, który był prawie po drugiej stronie ulicy. Dostałam wtedy cudną błękitną kurtkę, której prawie nigdy nie zakładałam. Pamiętam jak wróciłam do przedszkola poszłam do babci gabinetu i ryczałam jak wół na granicy, że już teraz wszyscy będą mówili, że jestem sierotą, a ja przecież, o czym babcia nie wiedziała wymyślałam jakieś niestworzone historie o moich rodzicach. Wyszłam na kłamczuchę, bardzo mnie to bolało. Później Sabina i Hanka moje jedyne niby kumpele. Ciągle kazały mi robić jakieś rzeczy, których ja zupełnie robić nie chciałam. Kazały mi kraść w sklepie, żebym niby wkupiła się do ich paczki. Same kradły z dużą wprawą. Ja miałam pieniądze z babcinej szuflady i nie miałam potrzeby kraść, ale ich to nie satysfakcjonowało. Miałam być odważna. Matko słodka jak sobie przypominam, co one wymyślały to aż mi ciarki jeszcze dziś przechodzą. Chodziły nad tory tam ponoć przychodził jakiś stary facet i obiecywał im piękne materiały za to, że zdejmą przy nim majtki i pozwolą się dotykać. Pamiętam, że wtedy wściekłam się i powiedziałam im, że nigdzie z nimi nie będę chodziła. Okazało się jednak, że zasłużyłam na zemstę. Namówiły jakiegoś chłopaka, żeby dał mi nauczkę i ten mało mnie nie zabił, bo uderzył mnie z drugiej strony ulicy sporym kamieniem w ciemię. Później opowiadały w klasie, że to ja je namawiałam na to zdejmowanie majtek a to ponoć był nauczyciel matematyki z wieczorówki, która też była po drugiej stronie Pułaskiego. Byłam przerażona. Szantażowały mnie, że jak ukradnę dla nich po jednym złotym pierścionku, babci czy cioci to dadzą mi spokój. Poszłam wtedy do cioci i jej wszystko opowiedziałam. Wiesz jak to się skończyło??? Ciotka i babcia zrobiły naradę a po niej wzięły sarnią nóżkę z takimi rzemieniami – prezent od taty Januszka i postanowiły sprać mi tyłek. Byłam wtedy w pierwszej klasie. Za uczciwość i szczerość chciały mi złoić skórę. Jak się połapałam, co się święci wlazłam pod babcine małżeńskie dębowe łoże ryczałam, rzucając na nie różne nieparlamentarne określenia i wyjść nie chciałam. Powiedziały, że kara mnie nie minie choćbym tam nawet tydzień leżała one poczekają. Później wpadły na pomysł, żeby rozsunąć łóżka, bo uznały, że tak łatwiej mnie wyciągną. Minęło trochę czasu, rozczepienie łóżek nie powiodło się na moje szczęście a w sumie machając tą dyscypliną pod łóżkiem parę razy mnie zahaczyły- ja oczywiście darłam się jak obdzierana ze skóry. W końcu wpadły na kolejny pomysł, że jak przysięgnę im przed mosiężnym Chrystusem ukrzyżowanym, który stał u nas na kredensie, że nigdy więcej nie będę rozmawiała nawet ani z Hanką ani z Sabiną, to tym razem mi wybaczą to nieszczęsne koleżeństwo. Rada, nie rada musiałam przysiąc i sprawa się zakończyła, nie było już żadnej rozmowy na ten temat. Ja oczywiście przysięgę dotrzymywałam do końca roku, ale z Nowym Rokiem musiałam mieć jakieś koleżanki. Bo jak bez koleżanek żyć. Nawet przez moment kolegowałam się z Mirą bardzo fajną dziewczyną – mocno pulchną, więc też nie mogła przebierać w koleżankach, Niestety Mira mieszkała w Ksawerowie i po lekcjach miałyśmy do siebie za daleko.
Czy to zdarzenie uczuliło jakoś ciocię czy babcię uważam, że nie. Wybrały najmniej pedagogiczny sposób na załatwienie sprawy i miały czyste sumienia, że nie zostawiły tematu odłogiem. Mnie zaś nauczyły, żeby nigdy o niczym im nie mówić, bo źle się to dla mnie skończy.
 Ćd     
 Czemu o tym wszystkim piszę. Nie chodzi mi wcale o dzieci sieroty, te, które z jakiegoś powodu nie mają rodziców fizycznie. 
Czasami mają komplet, ale rodzice zwyczajnie nie mają dla nich czasu, albo wyjeżdżają za pracą bez dzieci i wtedy dobrze by było by, choć babcia, znalazła czas, by je przytulić i powiedzieć im coś miłego. 
Każde dziecko z wielu powodów zasługuje na to by czuć się kochane. Gdy tego nie zazna w dzieciństwie, nie będzie umiało tego oddać swoim dzieciom i tak rosnąć nam będą tzw. sieroty społeczne.
……………………………..
W pierwszej klasie nie pojechałam do mamy na Święta Bożego Narodzenia, bo w październiku urodziła braciszka, więc ciocia z babcią uznały, że nie można mamie przysparzać dodatkowego kłopotu. 
Tym bardziej, że z listów mamy jak sądzę, nikt mi tego wprost nie powiedział, wynikało, że z nowym 7 lat młodszym mężem nie za bardzo jej się układa.
Co tam się działo nie wiedziałam, ale babcia cały czas jej wysyłała paczki żywnościowe. 
Mama, mimo, że nie pracowała miała całą moją bardzo dużą rentę po ojcu. Ja, co prawda tego wtedy nie wiedziałam, bo dowiedziałam się przypadkiem jak skończyłam 18 lat i trzeba było wysłać jakieś zaświadczenie o tym, że kontynuuję naukę, żeby renta mi nie przepadła. Wtedy się zeźliłam i powiedziałam sama mamie, iż uważam, że już najwyższy czas, żeby renta zaczęła przychodzić nie tyle na mój adres, co trafiała do mnie. 
Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ta renta była wyższa od pensji gołego etatu cioci w szkole.
…………………………
Dziś wiem, czemu mama mimo wszystko finansowo sobie nie radziła, bo młody mąż zabierał jej wszystkie pieniądze, nawet moją rentę. 
W każdym razie ona tak twierdziła.
Ja bardzo za nią tęskniłam i martwiłam się o nią i o braciszka. Pamiętałam te zbójeckie oczy jej męża.
Pamiętam też Wigilię w naszej rodzinie. Zawsze była u cioci, siostry babci. 
Tam do niej na Reymonta zjeżdżała się cała rodzina. 
Wujostwo ze Starówy. Fabrykanci mający dużą fabrykę kap i czort wie, czego jeszcze firma nazywała się Suwary i dotąd jeszcze pod tą nazwą funkcjonuje, choć już zmieniła właścicieli. Wujek Adaś brat babci jego żona moja chrzestna i 2 ich dzieci Anka starsza ode mnie o 4 lata i Bogdan starszy chyba o 5 lub 6. Dziadziuś, czyli wujek Franio z Adelcią i córką Danką 3 lata młodszą ode mnie – ciocia panienka i babcia ze mną. 
Nie lubiłam Wigilii, bo wszyscy byli tacy sztuczni, ja zawsze dostawałam jakieś okropne prezenty, bo ciocia jak mi coś kupowała, to w tajemnicy przed resztą swojego rodzeństwa, które wyraźnie uważało mnie za coś gorszego i twierdziło wręcz, że szkoda we mnie inwestować.
Kochał mnie Franio, co do tego nie miałam wątpliwości, choć psychicznie stłamszony przez rodzeństwo nie potrafił się im przeciwstawić. 
Od fabrykantów dostawałam zawsze jakieś sfilcowane ciuchy po Ance. Reszta to było byle, co takie prezenty typu mydło na tzw. odwal. 
Siedziałam tam zawsze zamknięta w sobie i zastanawiałam się jak Wigilię spędzałabym gdybym miała obojga rodziców. 
To były zawsze bardzo smutne myśli i nie raz łzę wewnętrzną uroniłam, bo nie chciałam IM pokazać, że jestem nieszczęśliwa. Uważałam, że jak babcia mówiła „syty głodnego nie zrozumie”. Babcia zwykle kupowała mi jakąś książkę, co nie raz mnie cieszyło, ale czasem kompletnie nie trafiała w mój gust.

Wracałyśmy nocą od cioci a ja zastanawiałam się jak mama i mój nieznany jeszcze braciszek spędzili tę Wigilijną kolację. 
Miałam 7 lat i martwiłam się o innych. Poprosiłam babcię, żebyśmy zadzwoniły do mamy, bo my miałyśmy już telefon, ale okazało się, że mama nie miała, można było dzwonić z tak zwanym przywołaniem na pocztę, ale babcia siadła ze mną i napisałyśmy list do mamy w pierwszy dzień Świąt. Wtedy też pokazała mi jak się wróży z kart Tarota. Wywróżyła, że mama wróci do nas z dwoma chłopcami za kilka lat i rozstanie się, z mężem. Wtedy zapytałam, czy nie można by tak zrobić, żeby wróciła wcześniej. Babcia powiedziała, że Tarot wie wszystko najlepiej i żebym się o nią nie martwiła. 
Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby babcia wróżyła z kart. 
Ćd     
 Pytałam babcię czasami o wojnę. Jak to było i czy wojna była straszna. Babcia opowiadała dość zdawkowo, ale z tego, co mówiła rodzina miała do niej pretensje, bo była sanitariuszką i jak tylko gdzieś bombardowali ona tam biegła i opatrywała rannych. 
Pytałam, czy się bała – tak, ale ktoś musiał wtedy pomagać ludziom. A mama przecież była jeszcze dzieckiem? 
Mieszkałyśmy na Reymonta tam była babcia Julia i ciocia zawsze w domu. Mama miała 12 lat jak wybuchła wojna. Była już rezolutną dziewczynką. Kiedyś widziałam mamy zdjęcie z okresu wojny. Wglądała na nim jak prawdziwe dziecko wojny. Okropnie. 
Ja też nie byłam ubierana jakoś fajnie. Nawet moje kumpele miały ładniejsze rzeczy. Sama babcia ubierała się pięknie – miała drogie i z ładnych materiałów bluzki. Mnie zawsze wszystkiego brakowało. Czasem babci mówiłam, że chciałabym to czy tamto. To ona odpowiadała mi idź do cioci niech Ci kupi a ja jej oddam pieniądze. W sumie do łażenia po drzewach nie były potrzebne jakieś ekstra ciuchy. 
Wtedy latem dziewczynie nie wypadało chodzić w spodniach. Sukienki do łażenia po drzewie były okropne. Kiedyś jak poszłam narwać bzu na babci urodziny zaczepiłam się przy schodzeniu spódnicą o gałąź i zawisłam nad ziemią, spódnica się darła a ja czekałam, kiedy spadnę z kwiatami na ziemię. Jak już spadłam tak wyglądałam, że nie mogłam sama zanieść babci kwiatów, tylko wysłałam z nimi przedszkolaki. 
Kiedy przeczytałam w pierwszej klasie Dziadka do Orzechów Hoffmanna - Fred i Klara byli jakby mną i Januszkiem. Przypominałam sobie wspólnie spędzone chwile i zaczynałam żyć w świecie książkowej wyobraźni – pamiętacie ten tekst „Ojciec chrzestny opowiadał mi o pięknym ogrodzie i o wielkim jeziorze, po którym pływają wspaniałe łabędzie ze złotymi naszyjnikami i śpiewają prześliczne pieśni. A potem wychodzi mała dziewczynka, staje nad jeziorem, woła łabędzie i karmi je słodkim marcypanem.” Wyobrażałam sobie taką cudnie ubraną Basię i od razu miałam świadomość jak bardzo niepraktyczne są jedwabne suknie. 
Ja byłam raczej zwariowaną Joanną z „Błękitnego Zamku”, która ciągle gorszyła całą rodzinę.
……………………….
Szkoła i odrabianie lekcji to były niezbyt lubiane obowiązki. 
Nikt tego nie kontrolował, więc odrabiałam, co chciałam. 
Wszystko w sumie zależało od pani Włodarczykowej mojej wychowawczyni. 
Jak miała podejście i była miła, to ja po łebku, ale odrabiałam lekcje. Jak była taka niezbyt, co też jej się zdarzało lekcji nie odrabiałam. Jakoś nigdy mnie nie przyłapała do 3 klasy, że nie miałam odrobionych lekcji. 
Przez to, że sporo czytałam książek, byłam mistrzem w kłamaniu. To mi przysparzało kolesi, bo umiałam na poczekaniu wymyślać jakąś dość wiarygodną historyjkę na każdą okoliczność.

Miały one to do siebie, że najczęściej doprowadzały rodziców do śmiechu a wtedy zwykle każde przewinienie mogło się upiec. 
Już w 1 klasie prowadziłam w szkole na przerwach fakultety z aktorstwa - chodziło o to, jaką minę robić w określonych okolicznościach. Np. przy bólu zęba, jak zrobić opuchliznę i jak cierpieć, czy jak udawać nerwicę serca, jak symulować przeziębienie, jak udawać skręcona nogę. Stałam się praktycznie współczesnym personal trainer lub jak kto woli coach – okropne - albo po łacinie personalis lanistam. Dzieciakom było wszystko jedno jak je uczyłam i na jaki status społeczny wtedy zasługiwałam. Płaciły mi wdzięcznością, czasem cukierkiem, czy waflem amatorskim, bo te uwielbiałam albo owocami a ile przy tym było śmiechu. Najważniejsze zaś było, że zapominały o tym, żeby nazywać mnie sierotą
Ćd     
 Byłam na cmentarzu, teraz gotuję krupnik – bardzo go lubię. Jako dziecko bardzo lubiłam chodzić na cmentarz, bo babcia kupowała mi obwarzanki. Dzisiaj, gdy przechodziłam obok grobu mojej matki chrzestnej – tej fabrykantki ze Starówy przypomniało mi się takie zdarzenie. Na wakacje po pierwszej klasie pojechałam z ciocią w lipcu do Wolborza, na drugi miałyśmy jechać do mamy, ale okazało się, że mama nie bardzo chyba chciała, żebyśmy przyjechały. Napisała, że do końca sierpnia ma letników z Warszawy i nie będzie miała nas gdzie ulokować. Miała z nami też jechać Anka mojej chrzestnej, więc sprawa się wydała w całej rodzinie i ciotka Ircia postanowiła sobie, wziąć mnie do roboty przy przewijaniu nici na szpule. Miała niby babci coś za moją pracę zapłacić. Słyszałam na własne uszy jak przekonywała babcię i ciocię. „Nie dramatyzujcie, niech się sierota uczy ciężkiej pracy, bo taka przecież będzie jej przyszłość w fabryce kochane, w fabryce przy krosnach.”
Nie wiem, czemu ale i babcia i ciocia zgodziły się.
Byłam tak wściekła na Ircię, że postanowiłam zrobić jej bardzo wyrafinowany prezent. Babcia miała sporo czasopism literackich znalazłam w nim wiersz Cypriana Kamila Norwida pt;
 Sieroty
Czy widziałeś sieroty, co w nabrzmiałym oku
Gwałtem budzą wesołość, a ta, wysilona,
Na chwilę tylko błyśnie i po chwili kona,
Zanurzając się w łoże chmurnego obłoku?
Biedne dzieci! szczęśliwe, jeśli przy nich czasem
Ktoś o zmarłych rodzicach napomknie nawiasem,
Bo wtedy w młode serca taka lubość płynie,
Jak w lilie, które zaraz otwierają usta,
Skoro promień słoneczny spod chmur się wywinie.
Biedne dzieci! z was często zamożna rozpusta
Wyśmiewa się bezkarnie; a starsi tłumaczą,
Że to dobrze: "bo czemuż głupie dzieci płaczą ?"
I znów wchodzi Wesołość, jak gość nieproszony,
Lub jak polny fijołek zagmatwany w cierni,
Gdy zwiędną wkoło niego towarzysze wierni,
A on drży, patrzy, blednie, bo na wszystkie strony,
Dokąd tylko błękitnym okiem dojrzeć może,
Wszędzie wiją się, plączą, kolczyste obroże.
Lecz nie wszystkie sieroty są tak nieszczęśliwe...

Ja widziałem młodzieńca, co w okropnej nędzy
Dniem i nocą pracował, by dostać pieniędzy,
Pieniędzy! które swoim przeważnym ciążeniem
Przytrzymywały jego matkę na tym świecie.
Teraz zaś młody człowiek sam został, z wspomnieniem,
Że gdy matka konała,
Jego czoło uwiędłą ręką przeżegnała;
I tak mu było błogo jak po deszczu w lecie,
Lub jak gdyby przechodząc dotknął się anioła,
Który wieczorem stawa przy wschodach kościoła.
Widziałem jeszcze potem innego sierotę,
Jak w wygodnym powozie przebiegał ulice,
Śmiał się do wszystkich głośno, miał rumiane lice
I różne cacka złote.
Lecz on nie był sierotą; on w języku nowym
Nieutulonym w żalu się nazywa;
I tak to zwykle piszą w liście pogrzebowym,
Który krewnych, przyjaciół i znajomych wzywa.
Potem widziałem znowu młodego człowieka,
Od którego tłum ludzi pobożnych ucieka,
A gdy ku niemu oczy obróci łaskawe,
To całej ciżby tłumne, stuoczne spojrzenie
On przyjmuje jak gdyby rzucone kamienie!
Bo on jest dziecię nieprawe.
On, tymi spojrzeniami wciąż kamienowany,
Czuje wszystkie i mógłby policzyć, jak rany,
Więc gorzko płacze.
A chociaż ma rodziców, nie wie ich siedliska,
I nieraz bije czołem w pałac granitowy,
W którym nieznany ojciec na puchach spoczywa,
I nieraz z Losem wściekłe prowadzi rozmowy,
Gdy ten pięknie wschodzące nadzieje wyrywa.
Nieszczęśliwy! wpadł jako motyl do mrowiska,
Co na próżno wytęża poszarpane skrzydła,
Na próżno chce polepszyć to życie tułacze,
Bo go zewsząd nieznane obiegły straszydła,
I przy nim, na nim, siedzą,
Przed nim, za nim, się wleką,
I biedne ciało sieką,
I biedne życie jedzą.

W końcu spotkałem jeszcze dziwnego człowieka,
Który po swych rodzicach nie nosił żałoby,
Nie rozpaczał przy ludziach, nie chodził na groby;
Lecz czasem tylko jego zapadła powieka
Przyjmowała do siebie promyczek wesela,
A ten tak blado, drżąco spod rzęsów wystrzela,
Jakby się od księżyca nauczył mrugania.
Ten człowiek od pierwszego z światem przywitania
Był bardzo nieszczęśliwy, ale się nie zrażał,
Patrzył w niebo i, pełniąc swoje obowiązki,
Na ziemię mało zważał.
On nawet w drobnych rzeczach był prześladowany,
Jakby go los trefnisiem dla siebie uczynił;
On często cierpiał potwarz, choć nic nie zawinił;
On, pragnąc zerwać różę, rwał ostre gałązki...
Ten więc człowiek, sierota, od nieszczęść ścigany,
Patrząc w górę, ze świętym uśmiechem proroctwa
Mówił do mnie, że nie ma bynajmniej sieroctwa!
Ja zaś jakoś niechcący ku niebu spojrzałem,
A niebo było gwiaździste;
W gwiazdach więc tajemnicę tych słów wyczytałem,
Bo one tam wyraźne były, oczywiste;
Potem, gdy dusza swego skosztowała chleba,
Nie mogłem się już więcej oderwać od nieba,
Które mnie wciąż ciągnęło silnym, wonnym tchnieniem.
*
I wtedy to ja, wziąwszy mój łzawy różaniec,
Zmówiłem na nim pacierz - potężnym milczeniem.
*
Teraz zaś, widząc, słysząc tyle rzeczy nowych,
Do was biegnę, wam prawdy przynoszę kaganiec,
Wam, biednym bladym dzieciom z nabrzmiałą powieką,
Co samotne jesteście w tłumach pogrzebowych,
I samotne musicie patrzyć na to wieko,
Które tak silnie serca wasze przyskrzypnęło,
Które przed wami wszystko na świecie zamknęło!
O, wy jesteście kwiatki, które Los szaleniec
Skręca, plecie, usiadłszy na najświeższym grobie,
Skręca, przędzie i plecie na torturach wieniec,
Aby nim dzikie skronie przyozdobić sobie."
Autor: Cyprian Kamil Norwid
Podkleiłam ładnie na kartonikach i napisałam „Dla mojej mamusi, chrzestnej za to, że tak dba o moją przyszłość ten oto wiersz w prezencie daję, bo biedna jestem i droższego prezentu podarować nie mogę”

Później napisałam jeszcze inny wiersz dla ciotki Irci, która nigdy od siebie nie dała mi żadnego prezentu – no nie skłamałabym 15 lat po moim ślubie dała mi prezent ślubny zastawę na 24 osoby.
Ćd     
Miałam 7 lat gdy napisałam 1 swój w życiu wiersz
       Samotna
Nie widzisz, jestem sama
Porzucił mnie ojciec i odeszła mama
Został po nich wspomnień ból.
Nie, że ich przy mnie nie ma,
lecz, że nie powiedzieli nawet dowiedzenia
Wiem, że byli cudowni,
że byli wspaniali,
że niczego w życiu nigdy się nie bali.
Bardzo tęsknię za nimi i żal we mnie stale,
Że tata mnie nie przytuli,
nie powie wspaniale,
że mama gdzieś daleko
inne dzieci bawi
a mnie z bólu ciociu
serce bardzo krwawi.
Oczywiście nigdy jej tego wiersza nie dałam bo miała już u mnie dużego „ – ”
Za to przy snuciu nici w jej fabryce śpiewałam taką oto piosenkę z uśmiechem na ustach. 
Oj cholera była ze mnie nie zła

"Nie miała Basieńka ojca ani matki,
Ino miała oczy jako dwa bławatki,
Usta jak dwie wiśnie, liczka jak dwie zorze,
I na służbie była Basieńka we królewskim dworze.
Oj Basiu, Basieńko!
I musiała w zimie od samego rana
Rąbać kłody drzewa na drobne polana,
I myślała sobie: «Jak zrąbię te kłody,
Któż przy ogniu się ogrzeje? Ten królewicz młody…»
Oj Basiu, Basieńko!
I musiała latem w gorące południe
Iść po jasną wodę z konwiami pod studnię,
I myślała sobie: «Jak naniosę wody,
Któż się to w niej będzie kąpał? Ten królewicz młody…»
Oj Basiu, Basieńko!
I co noc musiała szorować na czysto
Szczerozłote schody, podłogę srebrzystą,
I myślała sobie: «Jak wymyję schody,
Któż to po nich będzie chodził? Ten królewicz młody…»
Oj Basiu, Basieńko!
— Gdy na łowy jechał z dworskimi i z psiarnią,
Wychodziła Basia na strych nad piekarnią.
Wyglądała za nim dymnikiem ze strychu,
Płakać się jej czegoś chciało — po cichu, po cichu —
Oj Basiu, Basieńko!"
***
Czasami jak było mi bardzo smutno czytałam wiersze Marii Konopnickiej. Przeczytajcie ten jest piękny.
„Bez dachu
Noc się podniosła, cała w mgłach i bieli
I srebrnem tchnieniem owiała stolicę,
I brylantowych iskier błyskawice
Roztliła w śniegów pościeli.
Kto miał ognisko własne i ramiona,
Co go czekały jak pieszczot ponęta,
Mówił do nocy tej "błogosławiona!"
Kto nie miał, mówił: "przeklęta!"
A takich głosów było, ach! tysiące...
A wszystkie z zimna i zwątpienia drżące,
A wszystkie dziwnie przeraźliwe w ciszy...
O gwiazdy l czy Bóg je słyszy!
Patrzycie blade i ja patrzę blada,
Wicher się zrywa, śnieg zawiewa drogę,
O gwiazdy! jeśli która odpowiada,
Ja was dosłyszeć nie mogę!...
* * *
O nocy srebrna! o nocy królowo!
Ty masz żelazne dla nędzarzy berło...
A mglistą szronów zasłonę nad głową
Spinasz zastygłych łez perłą.
O nocy! czyliż gwiazd twych jasnych z nieba
Pragnie ta ciżba wy bladła i skrzepła?
Przez litość, słuchaj! wszak oni chcą chleba -
I tylko troszeczkę depta!
Ach l gdybym była tobą, o królowo!
Największy brylant co w lazurach świeci,
Dałabym nędznym w tę zamieć śniegową
Na chleb i ogień dla dzieci...
I wiem, ze niebo nie byłoby bledsze,
Gdyby za jedne tę gwiazdę w błękicie,
Jasne źrenice, gdrie znów wskrzesło życie,
świeciły łzami w powietrze...
O nocy! idziesz cicha, lodowata,
Nad czołem twojcm akray śniegów korona;
A twoja srebrna, ciężka, długa szata,
Całunem jest - dla miliona.
* * *
Przed bramą, w której płonęły latarnie,
Stanął chlopczyna w tę mroźną zawieję.
Biedny! on myślał, ze mur go przygarnie,
że go ten kamień ogrzeje,
Lecz stróż drzwi zamknął na rygle i naraz
Łzy się dziecięce, jak perły rozsnuły...
- "Gotów ta zmarznąć, a potem ambaras
Dla wszystkich .. śledztwo... cyrkuły!"
Chtopczyna odszedł, płacząc. Tam, w oddali,
Widać świątyni granitowe mury...
A ponad nimi mgła bladych opali,
A wyżej - lodowe chmury
I krzyż. Sierota uklęknął przed progiem.
W powietrzu, szronów latały dyamenty...
Chciał wejść, lecz kościół szczelnie był zamknięty
Razem z litością i z Bogiem.
Ach! gdyby Chrystus tu przebywał z nami,
Wiem, żeby chodził ciemnemi nocami
I zbierał głodnych zziębniętych nędzarzy
I tulił u awych ołtarzy.
* * *
Skostniałe dziecię szklanemi oczyma
Patrzyło w niebo, gdzie mleczna lśni droga:
Chciało się skarżyć, lecz matki już nie ma,
Mówiło zatem do Boga:
- "0jcze nasze... Jakto, o synu królewski!
Ojca twojego narody zwą Bogiem,
A ty, wpatrzony w ten pałac niebieski,
Konasz, bez dachu, za progiem?
"0jcze nasz" mówisz... a czyim ty bratem?
Czy tych, co w zbytku umarłą tkwią duszą,
I głośnym pełnych puharów wiwatem
Gasnące jęki twe głuszą?
"0jcze nasz!..." Boże! czy słyszysz to dziecię,
Co usta z nędzy zbielałe otwiera?
Ach! ono wierzy, żeś ojcem mu przecie,
I z wiarą taką umiera!
* * *
Dziecię mówiło pacierz... mgła srebrzysta
Z tchnieniem ust jego lekko się rozwiała,
Zrazu gorętsza i błękitno biała,
Później - dziwnie przeźroczysta,
Wreszcie zanikła. W pół otwarte wargi
Przestały szeptać modlitwy i skargi...
Wobec ciemnego milczącego gmachu,
Dziecię skonało bez dachu.
Maria Konopnicka 
Będę tu dopisywała ćd więc zaglądaj.

Archiwum bloga