sobota, 23 stycznia 2021

Metoda kija i marchewki

Bajsza

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie za zgodą autora

„non omnis moriar”- Horacy

~~~~~~~~~~~~~~  

23 stycznia 2021 r

Moje sny często pozwalają mi zrozumieć to, z czym z łatwością pogodzić się nie mogę. 

Super jest to, że nauczyłam się pamiętać je z detalami.

Jeśli się kogoś prawdziwie kocha, pozwala mu się odejść, gdy tego chce, bo jeśli on nas prawdziwie kocha - wróci. 

Zrozumie z czasem, czym było to uczucie.

Jeśli nie wróci – to znaczy, że źle ulokowaliśmy uczucia i szkoda tak naprawdę na nie czasu.

Miałam sen, który mi to uświadomił.

Byłam pewna, że gdzieś o tym pisano i przypomniała mi się książka Michela Busi – „Mama Kłamie”

 

  „Kiedy kogoś się kocha, kiedy się naprawdę kocha, trzeba czasem mieć odwagę pozwolić mu odejść. 

Albo umieć naprawdę długo na niego czekać.

To prawdziwy dowód miłości, być może jedyny.”

Czekać???

Tak sobie myślę, że czekanie, jeśli tak to nazwać, powinno być wypełnione życiem, pasjami, odkrywaniem świata.

Powinno nas tak pochłonąć, abyśmy zapomnieli, że my wciąż czekamy.

No i to właściwie tyle na marginesie życia.

Upiekłam swój pierwszy chleb w automacie.

Jest b. dobry, – choć może za mało słony.

Jednak to dobrze, bo można resztki ptaszkom wysypać.

Jeszcze nie włożyłam ziaren.

To był test - na to czy wyrośnie i jaki będzie w smaku.

 Jest świetny,

choć już nieco zmodyfikowałam przepis.

180 mąki żytniej i

180 mąki pszennej jest ok.

Dolewałam jednak wody.

Pierwsza partia to 200 ml wody i 50 ml śmietany 12%.

Powinna być maślanka, ale nie miałam.

W trakcie wyrabiania dodałam jeszcze ok. 120 ml wody.

Do tego pół małej paczki suszonych drożdży, łyżeczkę soli + łyżeczkę stewii.

Łyżeczka oleju rzepakowego.

Chlebek wyszedł nie duży z połowy foremki, choć wyrósł świetnie.

Jednak ta ilość nie starczy mi na tydzień.

Trzeba, zatem dać więcej wszystkich składników – tak, żeby wyszło ¾ foremki. Piec będę w nocy z piątku na sobotę, wtedy mam tańszy prąd.

Niestety po 2 wyrabianiach ciasta zasnęłam i właśnie wtedy miałam ten sen.

Spałam 4 godziny a tyle mądrości mi się przyśniło. Sen był bardzo realny i kolorowy. 

Było w nim wielu znanych mi ludzi, taki jakby zlot znajomych. Atmosfera była rozrywkowa. To spotkanie miało być jakby niespodzianką dla mnie.

Najlepsza w nim była jednak marchewka wielki pęczek 10 sporych marchewek z nacią, czyściutka i dorodna. 

Niosłam ją i ona powodowała zainteresowanie moją osobą całej zgromadzonej gawiedzi.

 Kija we śnie nie było, choć gdy się obudziłam, pierwsze, z czym skojarzyła mi się marchew był kij. 

"Metoda kija i marchewki" był to stary sposób stosowania kar i nagród – jak twierdziła moja babcia.

…………………

Anglicy stosują, bowiem podobny frazeologizm od ponad 100 lat, jako "carrot on the stick", czyli "marchewkę na kiju". Dla porządku warto wspomnieć, że frazeologizmy o podobnym znaczeniu i budowie używane są w języku francuskim ("de la carotte et du baton"), niemieckim ("mit Zuckerbrot und Peitsche"), włoskim ("del bastone e della carota").

Skąd się wzięły?

Wywodzą się z odkrytego setki lat temu sposobu zachęcania osłów do nieprzerwanego marszu.

Jeździec zawieszał na kiju marchewkę, a następnie wyciągał drąg, tak by zwierzę widziało smakołyk i starało się dojść do niego.

Pierwotnie, więc "metoda kija i marchewki" obiecywała tylko nagrodę.

Dlaczego oryginalne znaczenie zostało zmodyfikowane?

Cóż, nie należy wykluczać, że niektóre inteligentniejsze osły zorientowały się, w czym rzecz i nie biegły tak szybko, jak życzyliby sobie ich właściciele.

Wtedy od kija odwiązywano marchewkę i…, używano go w bardzo tradycyjny i brutalny sposób.”

A co osioł ma do miłości?

Dziś widzę, że ma bardzo dużo.

Osła uważa się za wyjątkowo uparte zwierzę.

Gdyby był człowiekiem nigdy, nie przyznałby się do swojej pomyłki i szczerze mówiąc nie wiem czy ponętna, dorodna marchewka na kiju, by go przekonała do zmiany zdania. Moich znajomych we śnie też bardzo interesowała ta marchew, była obiektem pożądania.

 Zatem na osła jak powiedziałaby moja babcia „szkoda czasu i atłasu”.

Babcia była prawdziwą encyklopedią, jeśli chodzi o takie ludowe powiedzenia – szkoda, że tak niewiele już dzisiaj z nich zapamiętałam. Szkoda, że nie wiele stosowałam w życiu.

środa, 13 stycznia 2021

Czarna melancholia. Arszenik może być w gołąbkach.

Bajsza

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie za zgodą autora

„non omnis moriar”- Horacy

~~~~~~~~~~~~~~  

13 stycznia 2021 r

Czarna melancholia

Gotuję gołąbki, przepis autorski;

Składniki;

Ryż czarny 100 g.

Namoczyć na kilka godzin i wodę odlać.

Dobrze wypłukać ryż na sicie.

Gotować w nowej wodzie.

/Ryż. Na świecie można spotkać aż 25 różnych odmian.

Występuje w klimatach gorących i ciepłych.

Ryż spożywczy, wykorzystywany w kuchniach na całym świecie. Co ciekawe jest on podstawą wyżywienia nawet 1/3 ludności Ziemi.

https://stylzycia.radiozet.pl/Kuchnia/Ten-sposob-gotowania-ryzu-jest-niebezpieczny-dla-zdrowia-Mozna-sie-zatruc-arszenikiem

Jeżeli chcemy mieć pewność, że ryż nie zawiera arszeniku, musimy jego ziarna moczyć przez całą noc - przy użyciu wody w stosunku 5 : 1 (pięć części wody na jedną część ryżu). Wtedy poziom toksyn spada aż o 80 procent.

Przed gotowaniem musimy też umyć i wypłukać ziarna ryżu aż usuniemy zmętnienie w wodzie./

Mięsko;- Goodvalley siekane z szynki, wieprzowej z hodowli bez użycia antybiotyków 400g.

2 pieczarki białe, posiekane.

1 duża cebula posiekana.

Łyżka stołowa papryki suszonej w płatkach – daje ciekawe połączenie w mięsku

1 spory borowik suszony skruszony.

2 śliwki suszone

10 żurawin

Listki świeżego selera naciowego pocięte drobno.

pieprz,

Szczypta marokańskich ziół Harissa/ pochodzą z krajów arabskich.

Występują między innymi w kuchni libijskiej oraz tunezyjskiej.

Przyprawa charakteryzuje się pięknym czerwonym kolorem oraz dużą ostrością.

Głównymi składnikami mieszanki jest chilli, mięta oraz czosnek. W kuchni Harrisa używana jest przede wszystkim do mięs pieczonych oraz grillowanych. Dzięki niej potrawy podawane z grilla mają niepowtarzalny pikantny smak.

Zimą niesamowicie rozgrzewają, – ale szczypta, to tyle ile mieści się między 2 damskimi palcami - lepiej mniej niż za dużo, jego ostrość jakby dojrzewa w nas dopiero w kilka sekund po zjedzeniu/.

½ łyżeczki suszonego lubczyku,

½ łyżeczki majeranku,

2 spore ząbki czosnku.

2 łyżki płaskie oleju.

Wszystko wymieszać i dobrze wyrobić dłonią. Uformować niewielkie podłużne kotlety.

Liście kapusty włoskiej; Wyciąć głąb ze środka kapusty, następnie włożyć ją do dużego garnka z wrzątkiem (wyciętą stroną do dołu), gotować przez około 10 minut na małym ogniu.

Przewrócić kapustę na drugą stronę i gotować przez ok. 5 minut. Wyjąć kapustę z wrzątku i po przestudzeniu rozebrać ją z liści.

Dno dużego i najlepiej szerokiego garnka wyłożyć kilkoma liśćmi kapusty (np. takimi, które się porwały).

Na wierzchu ułożyć gołąbki łączeniem do dołu. Zagotować bulion w innym garnku i zalać nim gołąbki, przykryć i wstawić do piekarnika na około 45 - 60 minut ja wstawiam do piekarnika 190 st., aż kapusta będzie miękka. Młoda kapusta oraz kapusta biała mogą się ugotować/zmięknąć znacznie szybkiej niż np. kapusta włoska – pamiętaj o tym/.

Spróbowałam - gołąbki są przepyszne. 

a nie - to nie to

Wyszło 12 po 2 na obiad.

Jeszcze sosik zrobię jak ostygną.

Też inny niż zwykle.

Chimichurri to zielony, pikantny sos wywodzący się z Urugwaju i Argentyny.

Posiekaj drobno pietruszkę, czosnek pokrój w kostkę lub wyciśnij, posiekaj szalotkę na cienkie kawałki. Utrzyj składniki tłuczkiem w moździerzu i dodaj sok z limonki, (aby zyskać wyraźniejszy smak, możesz dodać też skórkę).

Blenduję, żeby było prościej.

Dolewaj oliwy z oliwek, aż mieszanka zyska lepką konsystencję.

Dopraw do smaku ziołami Harrisa smak Maroka,

solą,

pieprzem,

tymiankiem i

oregano.

Moja tajemnica dodaję też kilka strąków

ugotowanej zielonej fasolki szparagowej, bo ją uwielbiam i

Skórkę zielonych jabłuszek

…………………….

Chimichurri (wym. czimiczuri) to słynny sos do steków przygotowany na bazie natki pietruszki, czosnku i chili. Ten pikantny i świeży w smaku sos idealnie pasuje do grillowanych mięs i moich gołąbków.

Chimichurri jest prosty w przygotowaniu, wypróbuj go także ty!

 A w antraktach tak sobie myślę łatwiej jest oszukać ludzi niż przekonać ich, że zostali oszukani" –

Mark Twain.

Czytam też książkę o Agnieszce Osieckiej

„Nikomu nie żal pięknych kobiet”. 

Tytuł jak ulał pasuje do moich przemyśleń

À propos, czarnej melancholii, ktoś kiedyś pisał wiersze dla mnie. 

Oto jeden z nich.

 Słowa i miejsca

Imć, 14 stycznia 2005   1:48

Są miejsca takie w niebieskiej przestrzeni,

których nie spotkasz na Ziemi.

Jest miejsce takie w zbłąkanej mej duszy,

pustkę którego wypełnić muszę...

 

Jest takie słowo–wytrych,

które wśród wielu słów dobrych i złych

potrafi otworzyć drzwi raju –

i sprawi bym w styczniu czuł się jak w maju.

 

Czy mając miejsca i słowa

można świat stworzyć od nowa?

by strach i zwątpienie odeszły,

a melancholii powiedzieć - czas przeszły!”

*******

Szczery zdawał mi się szczególnie ten czterowiersz

„Jest takie słowo–wytrych, które wśród wielu słów dobrych i złych potrafi otworzyć drzwi raju – i sprawi bym w styczniu czuł się jak w maju.”

Przyszła wtedy zła wróżka i sprawiła, że już pod koniec stycznia tego samego roku wiersz okazał się tanim chwytem dla naiwnych.

Kiepską przynętą, na którą na szczęście nikt się nie nabrał.

Czy to nie była „CZARNA melancholia” - tylko te wiersze wciąż kurzą się w szufladzie już 15 lat?

Polecam - kolejna melancholia


i coś na poprawienie humoru 13 tego





środa, 30 grudnia 2020

chwile smutku i zwątpienia

Bajsza

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie za zgodą autora

„non omnis moriar”- Horacy

~~~~~~~~~~~~~~  

30 grudnia 2020 r

W końcu udało mi się wyregulować cukier.

Bardzo mnie to cieszy, bo mogę bez skrupułów zjeść nawet kawałek ciasta.

Wracam do wierszy i wspomnień z początku lat 60 tych.

*******************

Tyle marzeń, pragnień tyle,

Wiatr po świecie porozwiewał,

Może, chociaż, na tę chwilę,

jedno wróci, będzie milej.

Może, chociaż dziś w kominie,

świerszcz wyszepcze moje imię.

Może, chociaż w blasku świec,


moje imię będzie drżeć.

Może serce... zadrży ech....

Chyba serce raczej nie.

Wieczór nocne szaty wkłada.

Koncert nocny zapowiada

i muzyczny jakiś ton,

rozkołysał się jak dzwon.

W chwilach smutku

i zwątpienia,

czuję szelest

nocy cienia,

może chwycę cichy ton.

Nie

Jest zbyt daleko stąd.

*******

Dzisiaj w dniu Starego Roku,

warto spojrzeć na to z boku.

Marzenia zaś wysiać do doniczek,

by rozkwitły nowym życiem?

********

Początek lat 60 to był czas mojego odizolowania się od kolegów.

Jedyne poza babcią osoby, z którymi miałam kontakt to byli zwykle dorośli. 

Marzyciele, bo nikt inny nie potrafiłby mnie zainteresować i nikt inny ze mną by nie wytrzymał.

Najczęściej byłam sama. 

Latem siedziałam na mojej ulubionej koszteli w babcinym przedszkolu, zimą miałam swoją pakamerę w przedszkolu pod strychem, o której nikt nie wiedział, sądząc, że jest to zagracony schowek nikt do niej nie zaglądał. 

Ja go oczyściłam z gratów, wyjęłam klamkę i poprosiłam woźnego, by mi dorobił klucz. 

Zimą w ciągu dnia tam siedziałam. Miałam swoje ulubione książki, bardzo dużo kredek, farb i kartonów. Z tymi akcesoriami w przedszkolu nie było problemu. 

Dużo rysowałam, marzyłam, czytałam książki i robiłam do nich swoje ilustracje.

Do szkoły chodziłam niechętnie. 

Lubiłam początkowo tylko polski, którego uczyła mnie p. Piotrowska – cudowna nauczycielka, fantastycznie prowadząca lekcje. 

Potrafiła zainteresować przedmiotem, pokazując jak ważna jest umiejętność wypowiadania się.

Sama była według mnie mistrzem słowa. 

Kochała poezję i często deklamowała nam różne wiersze – tłumacząc okoliczności ich powstania i ich znaczenie dla społeczeństwa. 

Do tego miała super przystojnego syna, dużo od nas starszego, ale to nie przeszkadzało dziewczynom o nim marzyć. 

Oprócz polskiego kochałam wf. 

Byłam bardzo sprawna i to była zasługa ciotki Todzi, siostry babci, która kupowała mi sprzęt sportowy, jaki tylko sobie zamarzyłam. Kupiła mi narty, łyżwy, super rosyjski rower dużą damkę, rakiety do tenisa. 

Dostawałam, co roku coś fajnego od niej na imieniny. 

Babcia miała dobre serce, ale wszystkie swoje pieniądze przeznaczała na przedszkole. 

Jeśli zrobiła mi jakiś prezent, to dlatego, że było jej głupio przed siostrą. 

Jednak zwykle były to tanie rzeczy i jakby to powiedzieć użyteczne. Jakieś kołnierzyki do fartucha,


 który kupiła ciocia albo kokardy do moich warkoczy. 

Dzięki cioci jako jedyna w całej dzielnicy miałam własny rower, czy rakiety do tenisa. Zabierała mnie zimą na obozy narciarskie a latem na obozy sportowe do Wolborza, gdzie mogłam w Bogusławicach jeździć konno.

Później już pod koniec 6 klasy, polubiłam moją nauczycielkę historii. Przedmiot średnio mi pasował, ale nauczycielka była spoko. 

Szkoły nie lubiłam przez moich kolegów, bo mnie gnębili, naśmiewali się ze mnie, że nie mam rodziców i wołali na mnie „żaba”, bo zawsze miałam duże oczy. 

Kiedy zerwałam znajomość z Sabką i dziewczynami, gdy wracałam ze szkoły, ktoś rzucił we mnie kamieniem. 

Kamień był duży i trafił mnie w ciemię. 

Upadłam i straciłam przytomność, lekarz powiedział, że mogli mnie zabić. 

Nie było wiadomo, kto to zrobił, ale ja czułam, że to była zemsta dziewczyn, kogoś – jakiegoś chłopaka namówiły. 

Do dzisiaj pamiętam gdzie padłam i gdzie to się stało. Dzisiaj po latach tak sobie myślę, że wiele dzieci jest gnębionych przez kolegów z różnych powodów i do dzisiaj nie ma nikogo, kto by im pomógł. 

Jest niby Rzecznik praw dziecka, czy praw obywatelskich, lecz dobrze wiemy, że tak naprawdę, nikt nie reaguje na mściwość oprawców i dzieci są pozostawione same sobie.


wtorek, 29 grudnia 2020

Bystre oko sprzed 60 lat

Bajsza

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie za zgodą autora

„non omnis moriar”- Horacy

~~~~~~~~~~~~~~  

29 grudnia 2020 r

Mija kolejny rok. 

Zawsze sądziłam, że wszystko w końcu się jakoś poukłada. 

Uważałam, że trzeba się cieszyć tym, co mam, bo przecież mam wiele.

Już od dziecka byłam świadoma tego, że mimo wszystko mam więcej niż inni.

Bardzo brakowało mi początkowo ojca.

Byłam przekonana, że kiedyś dowiem się, czemu nie było go ze mną, gdy go najbardziej potrzebowałam. 

Pamiętam z dzieciństwa takie obrazki.

Pierwszy; Miałam 2 a właściwe 3 koleżanki. 

Sabinę i Marylę Rą….skie siostry. Pochodziły z wielodzietnej rodziny. Oprócz nich była jeszcze najstarsza Nina i 3 braci Bronek, Daniel i 3 nie pamiętam jak miał na imię Robert, albo Rysiek.

Ich mama umarła na gruźlicę, gdy z Sabką byłyśmy chyba w 2 klasie a może nawet wcześniej. 

Często bywałam u nich jak mi się już nudziło samej w babcinym przedszkolu. Mieszkały w 4 domu od naszego. Na tej samej ulicy. 

Pamiętam, że jakoś pod koniec choroby ich mamy, przyjechała do nich ze wsi babcia. 

Nie wiem, czy była mamą ojca, czy tej bardzo chorej mamy. Zapamiętałam jednak, że przywiozła ze sobą taki niesamowity kufer, który był zamknięty na kłódkę. 

Często na nim siedziała i to mnie bardzo intrygowało. 

Dla mnie to było dziwne, że w domu cokolwiek zamyka się na kłódkę. U nich to było normalne. 

Pamiętam, że zamknięte były na kłódkę szafki z jedzeniem. 

U babci jak byłam głodna, mogłam jeść, na co miałam ochotę, choć zwykle jadłam w przedszkolu. 

Byłam niejadkiem i trzeba było mnie do jedzenia namawiać. 

Moje koleżanki odnosiłam wrażenie, że były ciągle głodne. 

Ich babcię pamiętam jak obierała ogromny gar ziemniaków i do niego zwykle gotowała jakąś zupę np. kapuśniak. 

Obiad był wtedy, gdy ich ojciec wracał z pracy. 

Był stolarzem w fabryce mebli, jak dobrze pamiętam. 

Było w ich domu dla mnie coś fantastycznego a mianowicie taki strych, na który wchodziło się po spuszczanych schodkach. 

Był on nad kuchnią i można się tam było ukryć. 

Ojciec nie pozwalał kolegom, czy koleżankom przychodzić do ich domu. 

Sądziłam, że martwił się, iż będą ich objadać z owoców, czy warzyw, które rosły w ogrodzie. 

Babcia Sabiny czasami wyciągała z kufra książkę np. Ogniem i mieczem i nam czytała. 

Czasami też opowiadała o swojej młodości. 

Gdy zbliżała się pora obiadu i powrotu ich ojca z pracy musiałam się od nich wynieść, żeby się nie wkurzał. 

Kilka razy jednak zastał mnie u nich w domu. 

Wtedy mówił wracaj do babci, bo my mamy już obiad. 

Nigdy nie poczęstował mnie niczym. 

Dziewczyny uważały mnie za naiwniaczkę. 

Prawda jest taka, że byłam bardzo naiwna. 

W tamtych czasach wymyślało się różne zabawy, np. w Bystre Oko.

Miałyśmy pod fartuchem przyszyte takie kieszonki z narysowanym na płótnie okiem i w nich nosiłyśmy szyfr do szyfrowania wiadomości oraz różne drobne skarby. 

Dziewczyny powiedziały mi o tej organizacji, która z nich wymyśliła szyfr nie pamiętam, ale oprócz naszej czwórki nikt o tym nie mógł się dowiedzieć. To było ściśle tajne.

Oprócz 2 sióstr, do paczki należała jeszcze Hanka Kl…k, której ojciec był szewcem i jak sobie wypił a robił to codziennie z byle powodu lał Hankę szewskim pasem. 

Wtedy właśnie myślałam sobie, że może dobrze, że nie mam ojca.

 Obie moje koleżanki są w środku zdjęcia. Maryla była rok od nas starsza i była w innej klasie.

Przynależność do Bystrego Oka wiązała się ze zdobywaniem różnych sprawności - podobnie jak w Harcerstwie. 

Zdobycie np. sprawności „spryciula”, polegało na tym, by coś ukraść ze sklepu spożywczego. 

Wszystko jedno, co byle Cię nie złapali. Nigdy nie musiałam kraść, więc nie bardzo kwapiłam się do zdobycia tej sprawności. Wszystkie dziewczyny miały już kradzież za sobą, tylko ja niczego. Podchodziłam do zdobycia swojego sklepowego trofeum kilka razy, ale niczego nie umiałam ukraść.

Straciłam przez to babci złoty maleńki pierścionek, bo kazały mi go za karę oddać na rzecz organizacji z obietnicą, że jak już coś ukradnę, to pierścionek mi oddadzą. 

W końcu się odważyłam, bałam się, że babcia zorientuje się, że go nie noszę. 

Dała mi go, bo na nią zrobił się za mały, miał złote półcentymetrowe kwadratowe oczko z babci inicjałami. Sądziłam, że w końcu mi go oddadzą, bo był łatwy do zidentyfikowania. 

Zawiązały mi oczy bym nie widziała, która zdejmuje mi go z palca. 

Takie były zasady organizacji wszystko miało być tajne. 

Zaczęły coś przebąkiwać, że mamy iść na Pliszkę/pola za miastem/, gdzie ponoć grasował pedofil nauczyciel z II LO, który za materiał na sukienkę obmacywał dziewczyny. 

Okropnie się bałam, co one jeszcze wymyślą. 

Bałam się, że może im coś odpalić i wymyślą kolejną sprawność, której nie będę mogła zaliczyć. 

Nie miałam innych koleżanek, martwiłam się, że one postawią się przeciwko mnie, będą mi dokuczać a co gorsza rozpowiedzą innym o tych sprawnościach, które co prawda nie były jakieś karalne, ale były wręcz na granicy, prawa.

Byłam wtedy w 4 albo 5 klasie i nie myślałam o konsekwencjach tego, co może się zdarzyć. 

Poszłam w końcu do sklepu i ukradłam 3 szprotki wędzone z ogromnej tacy leżącej na ladzie. 

Byłam przekonana, że sprzedawczyni widziała, ale udała, że nie widzi. 

Następnego dnia dziewczyny nie oddały mi pierścionka, jak obiecywały. 

Za to wieczorem do babci domu przyszła jej siostra. 

Ciotka Todzia, bardzo rzadko przychodziła do babci wieczorami. 

Zwykle przychodziła wtedy, gdy pokłóciła się z żoną jej brata/mieszkali w jednym domu/ i wtedy przez kilka dni nocowała u nas. 

Wtedy jednak od samego początku czułam, że coś się święci. 

Babcia zrobiła herbatę i usiadłyśmy w dużym pokoju przy okrągłym stole. 

Było już późno pamiętam do dzisiaj jak ogromny księżyc zaglądał przez okno do pokoju. 

Ciotka zaczęła ze mną rozmawiać na temat moich koleżanek, kazała mi przynieść fartuch i wytłumaczyć, co znaczy ta kieszonka z szyfrem i to oko. 

Gdy wróciłam z sypialni, gdzie wisiał fartuch na szafie. 

Ciotka, uderzyła mnie w tyłek dyscypliną nóżką sarnią z 4 skórzanymi troczkami, która od 5 roku mojego życia wisiała, jako prezent od wujka Rabiegi na drzwiach kuchni. Chodziło o to, żebym pamiętała, iż człowiek musi być uczciwy i zdyscyplinowany. 

Nikt nigdy z tych drzwi jej nie zdjął i nigdy mnie nią nie uderzył. 

Choć zdarzało się, że babcia czasem mi ją pokazywała. 

Wiedziałam jednak, że ma za dobre serce i nigdy, by mnie nie uderzyła.

Ciotka zaś była megierą. 

Dawała mi prezenty, ale była surowa i wszyscy się jej bali, nie tylko z powodu zeza. 

Chciała mnie bardziej zlać, ale szybko wskoczyłam pod babcine łóżka, a były to 2 połączone dębowe łóżka i trudno było się tam do mnie dostać. 

W końcu obiecały mi, że jak wyjdę nie uderzą mnie, ale mam przysiąc na krucyfiks, że nigdy więcej nie będę z "NIMI /znaczy z dziewczynami/, się ZADAWAŁA. 

Ciotka zawsze uważała, że ludzie są lepsi i gorsi i że „te dziewuchy to nie jest towarzystwo dla mnie”. 

Musiałam przysiąc na krucyfiks, o nic więcej mnie nie pytały, miałam całkowity zakaz spotykania się z nimi po szkole. 

O pierścionku się nigdy nie dowiedziały, powiedziałam, że go zgubiłam i babcia mi uwierzyła.

  

Archiwum bloga