piątek, 21 sierpnia 2015

Rejs krótki z powodu nadmiaru wódki

Gdy odlatują motyle
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Rozdział 139
˜˜*°°*˜˜
20 sierpnia..
Do Rucianego dojechałam z pewnymi perturbacjami, bo bezpośredniego połączenia nie ma a i te pośrednie są wielce ryzykowne.
Pierwszy raz tak zrobiłam wsiadłam do pociągu byle, jakiego i pojechałam do Łodzi. Okazało się, że jedyny pociąg z trzema przesiadkami odjechał 15 min wcześniej. Chyba dobrze, że odjechał, bo byłabym w Olsztynie o 22 i czekałaby mnie noc na dworcu.
Okazało się, że jest autobus do Olsztyna o 23, 26 czy jakoś tak, ale to autobus, na który Dworzec Kaliski nie sprzedaje biletów i może się okazać, że kierowca mnie nie zabierze. Noc w piątek na dworcu autobusowym a tu dopiero 17.00. Zadzwoniłam do mojego instruktora – wcześniej trochę psów na nim powieszałam, więc byłam pewna, że powie mi – „spadaj maleńka”. A on normalnie mnie rozwalił swoją serdecznością.
Nie tylko, że przyjechał po mnie ugościł kawą i winogronami i lodami z ajerkoniakiem to jeszcze zaproponował drzemkę do 22.30, po czym odwiózł mnie na dworzec i czekał czy mnie zabiorą czy nie. 
Gdyby mnie nie zabrali przenocowałby mnie do kolejnego dnia. Autobus był puściutki, w 50 % więc zabrałam się bez problemu.
Jechałam do tego Rucianego pełna nadziei na świetną zabawę i nowe doświadczenia. Zabrałam z sobą sporo jedzenia, żeby nikomu nie wisieć na karku i oczywiście kasę, na dalsze zakupy. 
Pojechałam tam z 2 powodów, po pierwsze chciałam bezpiecznie pożeglować z wytrawnym jak sądziłam szyprem po dużych jeziorach mazurskich, po drugie byłam winna M pieniądze za baterie do kamery. Zabrałam mu jego starą baterię, ale poprosiłam, by kupił mi nową pojemniejszą za 200 stówki.
Jego była znacznie tańsza. Mieliśmy wymienić się bateriami – jego miała wrócić do niego a ja miałam dostać nową płacąc 200 zł.
Siedziałam na dworcu w Olsztynie i myślałam jak to, będzie. 
Wiedziałam, że zacumowali gdzieś na Jeziorze Guzianka Mała,

że są tam w 2 jachty, mojego znajomego i jego znajomego z Łodzi z żoną. Obaj panowie miel być wytrawnymi żeglarzami, więc byłam spokojna.
~~~~~~~
Na Dworcu w Olsztynie, gdy czekałam na pociąg do Rucianego zdarzył się dziwny incydent.
Młodziutka ekspedientka jednego z kiosków z jedzeniem usiłowała otworzyć szafę z napojami, która stała przed jej kioskiem. Drzwi wykonane z grubej blachy podnosiło się do góry i chyba ktoś je zniekształcił w nocy, bo za cholerę nie dały się zdjąć. Obok na ławkach w oczekiwaniu na pociąg siedziało sporo ludzi /przed ósmą/w tym całkiem pokaźni mężczyźni. Patrzyli z zainteresowaniem jak dziewczyna szamocze się z tymi metalowymi drzwiami i udawali, że to ich kompletnie nie dotyczy. Patrzyłam na nich i byłam pewna, że któryś wstanie i pomoże dziewczynie. Trwało to jakiś czas, ona zniechęciła się, po chwili wróciła i dalej się szamotała. 
Nie wytrzymałam zwróciłam się do największego mężczyzny „ może pomoże pan tej dziewczynie”. Spojrzał na mnie jak na ufoludka i wstrząsnął ze wstrętem ramionami, ale nawet jeden nerw nie wykonał skurczu by się podnieść. 
Facet siedzący obok niego udał, że nie kapuje, co mówię. 
Jak mógł rozumieć w Olsztynie jest specjalny język, którego ja nie znałam. Wkurzona zachowaniem panów, wstałam i głośno żeby dobrze słyszeli powiedziałam –
„Ok. ja pani pomogę, może we dwójkę nam się uda”.
Oczywiście, że się udało, – choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to zdarzenie będzie rzutowało na cały mój pobyt w Rucianym. 
Dlaczego? 
Okazało się, że chciałam tym panom urządzić w jakiś sposób ich życie. 
A przecież oni mieli je urządzone jeszcze nim ja się pojawiłam najpierw w Olsztynie a później w Rucianym jak raczył potwierdzić kilkanaście godzin później znajomy mojego znajomego, będąc jakby echem wypowiedzi mojego szypra. „Nie urządzaj ludziom życia, bo oni chcą żyć po swojemu” To jednak było później i moja asertywność, straciła animusz chyba podświadomie. 
Przyjechał w końcu pociąg do Rucianego. Pulmany wszyscy siedzą na tzw. kupie. 
Dziewczyna siedząca bok mnie nie kupiła biletu i nie zameldowała wcześniej konduktorce.
Patrzę na nią. Jest bardzo skromnie ubrana, niewyspana, wygląda na taką, co może ją ktoś wykorzystał a później dał kopa. Włosy ma nieuczesane, wyszła chyba skądś w pośpiechu a może wraca do swojej wsi do licznego rodzeństwa, któremu miała przywieźć na śniadanie drożdżówki albo zwyczajnie kromkę chleba, ale jej nie ma i jest zdesperowana do granic możliwości. 
Trzyma w ręku banknot 10 zł a konduktorka wypisuje jej bilet. 
Spogląda na tę dychę i mówi za mało 8 zł za wypisanie. Dziewczyna mówi cichutko, że nie ma więcej – widzę jak wstydzi się ludzi tego zamieszania wokół jej osoby. To może wypiszę kredytowy? Pyta dziewczynę. Patrzę jak ta zamyka swoją rozczochraną głowę w dwóch dłoniach gotowa się rozpłakać lub zapaść pod ziemię. Pulmany, wszyscy na kupie jadą. Inni widzą całe zajście zajęci swoimi chmurnymi myślami „0” reakcji. 
Ile jej brakuje, podaję konduktorce 2 dychę a ta wydaje mi resztę. Dziewczyna dziękuje, ale godnie, nie uniżenie, raz i temat skończony. Wtedy pomyślałam sobie, że to taki kredyt na moje fajne wakacje.
Dobro przecież do nas wraca. Żebym za bardzo się nie rozmarzyła do wagonu wsiadają młodzi rodzice z 3 dzieci. 
Chłopiec w wieku może 7 lat i 2 dziewczynki w wieku nieokreślonym, ale poniżej 5 roku życia. Zaczyna się cyrk, jakiego, wcześniej w życiu nigdy nie spotkałam. Dzieciaki a szczególnie te dziewczynki wrzeszczą nieprzerwanie tak głośno, że można zwariować, nie płaczą, ale bawią się jakby przed chwilą same ogłuchły a z nimi ich rodzice. 
Dźwięki są raczej nieokreślone, ale za to tak głośne, że wszyscy pasażerowie po 5 minutach mają dosyć, po 10 kombinuję, co by zrobić, żeby je uciszyć, po 15 pomyślałam, żeby dać temu chłopakowi lizaka, typu Kojak, jednego z tych, które wiozłam dla moich żeglarzy. 
Zastanawiam się tylko czy dziewczynki się uspokoją. Pan siedzący obok mnie głośno komentuje zachowanie dzieci po 20 min rodzice pierwszy raz mówią do nich „ ciszej”, pomaga to na 1.30 sek., Po czym małe wrzeszczą od nowa. Mam dosyć albo uduszę którąś, albo zacznę wrzeszczeć głośniej niż one. 
Powstrzymuję się z wielkim trudem. 
~~~~~~~
Z tego wszystkiego wysiadam omyłkowo w Rucianym Zachód na głuchej stacji wskakuję w ostatniej chwili z walizką a konduktorka pyta mnie, czemu wychodzę i wchodzę. 
Nie miałam nawet ochoty jej tłumaczyć. Na następnej stacji wysiadam i chromolę dzieciaki – zostawiłam je przy życiu, choć pierwszy raz w mojej pedagogicznej karierze miałam ochotę……
Stoję na dworcu a właściwie pod dworcem. Tu miał czekać mój znajomy. Jestem wkurzona na total a jego ani widu..... W końcu dzwoni telefon i oświadcza mi, że jest po 2 stronie ulicy. Już tu powinna zapalić mi się czerwona lampka. Jednak nie jestem ani drobiazgowa ani niedołężna. 
Dam radę przegramolić się z małą walizką na kółkach i plecakiem na drugą stronę ulicy. 
W końcu widzę mojego szypra.
~~~~~~~
Co ja tu mam napisać, gdybym była bezczelna, powinnam wyjąć kamerę i sfilmować moje pierwsze wrażenie. Nie zrobiłam tego w tym momencie i żałuję tego. Szyper jest zapuszczony – jak dziadowski bicz. Tak pewnie określiłaby go moja babcia i powiedziała dziewczyno uciekaj gdzie pieprz rośnie. Wyszedł po mnie w podartych zapapranych gaciach zarośnięty, na głowie brodzie i pod pachami oraz jak sądzę w innych jeszcze miejscach. Odnosiłam wrażenie, że jest zdziwiony, moim pojawieniem się, choć wcześniej ok. 14 razy dzwonił do mnie, żebym przyjechała, bo bardzo od czerwca brakuje mu towarzystwa i że nie mam, co przejmować się, on mi wszystko super zorganizuje.
Patrzyłam na niego tam w Rucianym pod tymi sklepami na rękę rozpłataną na ramieniu tak, jakby ktoś potraktował go kosą, wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy pomnożony, przez półtora nieszczęścia.
Sądziłam, że teraz chwyci moją walizkę i ruszymy dalej, ale on wparował do sklepów i zaczął robić zakupy. 
Mięso karczek jakieś czarne, Frankfurt erki i całą baterię piwa i wina. Wzięłam jeszcze koszyk i kupiłam jakieś warzywa na sałatkę sama nawet z tego szoku nie pamiętam, co kupowałam. Zapłaciłam 62 zł i oddałam mu te 2 stówy, które byłam mu winna. 
~~~~~~~
Pieniądze wziął, po czym oświadczył, że baterii nie zabrał z Warszawy, co oznaczało, że za 2 stówki kupiłam jego starą baterię. Ok. pomyślałam tłukłam się pół Polski, nie dam się spławić tak łatwo. Jeszcze wtedy nie widziałam jego roztrzęsionych rąk, bo tak byłam zszokowana, że mało, co widziałam.
Ćd. nastąpi.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Na Mazury!!!

Gdy odlatują motyle
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Rozdział 138
˜˜*°°*˜˜
13 sierpnia.
 Miejsce po zębie jeszcze pobolewa, więc czosnek cały czas mam w buzi.
Jem też tylko płynne albo zblendowane rzeczy.
Banan, jabłko zielone i brzoskwinia lekko schłodzone – super kolacja.
 Pogadałam sobie z Jasiem na skype, „szlachetne zdrowie”…, niestety posypało mu się i przy nim to ja się z sobą faktycznie certolę.
~~~~~~~
Byłam dzisiaj znów na rowerze kilka godzin – dobrze mi to robi.
Upały na rowerze mi nie przeszkadzają.
Jutro może spróbuję pojechać na rynek obejrzeć, co tam jeszcze zdrowego jest.
Skończyły mi się owoce na przeciery, trzeba kupić nowe.
~~~~~~~
Zastanawiam się gdzie pojechać we wrześniu.
Muszę sobie coś na wrzesień skołować.
Oglądałam agroturystykę, ale domki są drogie w pojedynkę – zresztą samej jest nudno – szczególnie jak pogoda kiepska. Fajnie byłoby na rowerku pojeździć, ale Terenia twierdzi, że jest chora a nikogo innego na rower nie widzę w zasięgu wzroku.
Trochę to dziwne, bo dzwoniłam do niej i mówiła, że się bardzo źle czuje. Ja jak bym się źle czuła to chciałabym z kimś pogadać, mówiłam, że jestem obok jej domu, ale ona wyraźnie nie chciała towarzystwa.
 Jest nierówna albo ciągle kombinuje z tym cinkciarzem i to on robi ją w trąbę a ta to przeżywa.
, „Bo z mężczyznami nigdy nie wie się, czy dobrze jest czy może jest, może jest już źle….,”
Mam swoją teorię na ten temat i jak dotąd sprawdza się, „na luzie bez porywów serca kumplostwo - a jak się nie podoba kumpla znajdziesz wszędzie a jak nie to trudno – wtedy trzeba kumplować się z rowerem.
Zjadłam swoją papkę z banana, jabłka i brzoskwini no i jeszcze 2 plastry szynki.
Zdrzemnę się jeszcze z pół godzinki do 8 mej.
M dzwoni codziennie od maja tak mu samotność na żaglach doskwiera, że gotów przyjąć mnie na jacht na każdych warunkach. Pojadę, choć dojechać do Rucianego to oddzielna para kaloszy. Wygląda na to, że nic tam normalnie nie kursuje. „Nie takie przeszkody ze szwagrem po pijaku forsowaliśmy” jak mówił mój inny kumpel Maciek – ciekawe, co u niego chyba siedzi w Puszczy Białej i nie ma zasięgu, bo inaczej już by się odezwał.
W sobotę idę na dworzec i jadę, co z tego wyniknie okaże się.
Nie ukrywam, że wolałabym do Gdyni, ale skoro innemu kumplowi coś wypadło trzeba to zrozumieć, życie to nie jest bajka – niektórzy nawet w wakacje muszą zarabiać na chleb.
~~~~~~~
Od kilku dni zupełnie nie piję kawy i o dziwo żyję. 
Zawsze myślałam, że bez kawy będę chodziła po ścianach a tu nie jestem normalna i całkiem, całkiem ożywiona.
~~~~~~~
Byłam dzisiaj u mojego dentysty, żeby mi na wszelki wypadek przepisał antybiotyk, już wiem, że raczej nie będzie mi potrzebny. Wiadomo „strzeżonego Pan Bóg strzyże”. Receptę mam jakby, co.
Naoliwiłam się cała przed tym wyjazdem, bo miałam końcówkę takiej ekstra oliwy w bardzo małej buteleczce a potrzebowałam coś małego na moją leczącą wszystko nalewkę z czarnego bzu, mięty i ruty. Więc jak twierdzi mój inny kolega, że po 40 trzeba się od czasu do czasu naoliwić, zatem był to najlepszy sposób na pożyteczne zużycie resztek tego cudownego daru południowego słońca. Tak sobie myślę, że jak u nas dalej będą takie pogody, to są szanse na to, że i własnych oliwek się doczekamy nieustępujących walorom tych południowych. 
Przetarłam dzisiaj grejpfruta, banana, 2 jabłka, 2 brzoskwinie i martwię się, bo mam sporo owoców a jakby mi na tych mazurach było dobrze, to posiedzę 2 tygodnie i owoce nawet w lodówce może trafić szlag. 
To byłaby wielka strata. Może jednak aż tak dobrze nie będzie i wrócę wcześniej. 
Choć mój kolega M jest tak zdesperowany, że obiecał mi hi, hi „Obiecał mi Feluś czerwony kapelusz. I piórko do niego, żebym była jego. I piórko do niego, żebym była jego. Nie chcę ja Felusia ani kapelusza”, ale na jachcie pobuja się z gracją moja słodka dusza. Zobaczy się. Jestem nastawiona optymistycznie.
Całuję wszystkich i myślę, że wrócę.

środa, 12 sierpnia 2015

Uff!!!

Gdy odlatują motyle
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Rozdział 137
˜˜*°°*˜˜
12 sierpnia.
 Ząb wyrwany bez bólu, ale obawiam się, że był stan zapalny na okostnej, bo po wyrwaniu jeszcze mnie bolało.
Może to był ból od wyrwania sama nie wiem.
W każdym razie wzięłam plasterek czosnku i trzymam w buzi po drugiej stronie, żeby ewentualne zarazki zabił.
Pan doktor bardzo miły, byłam prywatnie i chyba już do niego będę chodziła, zrobił to profesjonalnie.
Czekałam co prawda do 21 od 19.45 ale było warto.
~~~~~~~
Byłam zaproszona do Gdyni, ale coś się pokićkało i Gdynia nie dojdzie do skutku przynajmniej teraz.
Zostały tylko żagle – może i dobrze, bo z tym zębem powinnam odczekać ze 3 dni, żeby wszystko było jasne, że goi się dobrze. Troszkę żałuję, bo kupiłam sobie odlotową sukienkę i miałabym gdzie się w niej pokazać.
Mam ochotę pojechać nad morze, ale może we wrześniu coś wynajmę i pojadę z rowerem – zobaczę.
    ~~~~~~~
Mam ochotę na jajecznicę, ale nie wiem czy mogę już jeść takie rzeczy, doktor mówił, że powinnam jeść lody, ale nie mam a do tego te, które lubię mają takie podrobione orzeszki i one by mi weszły w dziąsło po zębie, więc sobie odpuszczę - chyba jednak zrobię jajecznicę na masełku, 
później pojadę się przejechać rowerkiem.
Jajecznica z jednego jajka, jednej pieczarki i plastra szynki konserwowej. Wszystko drobno posiekane pycha.

sobota, 8 sierpnia 2015

Może mazurskie klimaty..

Gdy odlatują motyle
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Rozdział 137
˜˜*°°*˜˜
8 sierpnia.
 Wróciłam do domu.
Uwielbiam ostatnio powroty.
Znaczy to, że spotkania ze znajomymi tracą na atrakcyjności.
Nad Jeziorskiem, było kiepsko, mój instruktor nie mówił, ale chyba jakoś bardzo kiepsko czuł się po tym powrocie ze szpitala.
Nic mu się nie chciało, ale i to nie byłoby dziwne, bo przy tych upałach mało, komu się chciało.
Sama czułam się marnie, bo jeszcze troszkę byłam opuchnięta na nogach, ale od badałam, że zrobił mi się albo stan zapalny mięśnia brzuchowatego łydki albo zaczepu górnego ścięgna Achillesa, albo jakiś zastój żylny w lewej łydce, bo do dzisiaj mnie jeszcze łydka boli mimo codziennego masowania a do tego jeszcze łupie mnie ząb - lewa siódemka, która się bardzo rozchwiała i chyba będzie do usunięcia.
Oboje, więc byliśmy marni, zrzędliwi, żeby nie użyć gorszego słownictwa.
Ja zauważyłam, że mojemu instruktorowi trzęsą się dłonie a właściwie kciuki, wygląda to jak początek Parkinsona, tak czy inaczej trochę oboje daliśmy sobie do pieca i nie ukrywam, że jak na razie nie mam ochoty na dalsze spotkania.
On pewnie też, bo ja jak mnie ktoś wkurza potrafię być niemiła - a co? - „nie dam sobie w kaszę dmuchać”.
Przypominają mi się słynne powiedzenia mojej cioci „niech mnie całuje w grubszą nogę” – nie jest jedynym człowiekiem na świecie, żebym musiała go znosić. Trzeba jednak powiedzieć, że obok byli przemili sąsiedzi do których się często urywałam i prowadziliśmy bardzo intelektualne rozmowy o d…Maryni, co było o wiele lepsze niż gra w tysiąca z naburmuszonym moim towarzyszem niedoli. Wyjeżdżając wstąpiliśmy do kuzyna mojego instruktora, bardzo ich polubiłam i oni mnie, - szkoda, że nie będę miała okazji już ich spotkać
~~~~~~~
Jestem zaproszona do Gdyni i chyba w przyszłym tygodniu pojadę jak tylko uporam się z tym zębem, później może jeszcze załapię się na tydzień na Mazury,
bo Marek powiedział, że wraca 5 września, więc może z tydzień popływalibyśmy razem a później razem jego samochodem do Warszawy i ja do domu pociągiem.
Czyli jak widać plany na resztę wakacji mam. Szkoda, że na wrzesień nie ale może sama coś skombinuję na ten wrzesień – zobaczy się. Marzy mi się jakaś wyprawa z rowerem.
Zobaczymy może coś się wykroi z tej Gdyni.
~~~~~~~
Ściąganie, pobieranie, udostępnianie zdjęć i treści – jest nie możliwe – objęte prawem autorskim.

środa, 5 sierpnia 2015

Wkurzona przed wyjazdem.

Gdy odlatują motyle
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń, miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe. Hi, hi
Rozdział 137
˜˜*°°*˜˜
5 sierpnia.
Wkurza mnie – Nie cierpię jak ktoś się umawia a później przypomina mu się, że ma tysiące spraw do załatwienia i przekłada spotkanie najpierw o godzinę, później o kolejną i tak może to trwać w nieskończoność. Najgorsze jest to, że sytuacja powtarza się kolejny raz a ja jestem zwyczajnie wściekła, bo nie jestem przyzwyczajona, żeby ktoś mnie tak traktował.
Gdyby nie atrakcja związana z pobytem w naturze opierniczyłabym go i skończyła tę znajomość.
Ok już więcej nie piszę, bo się nakręcę i znów nie pojadę, bo taka będę wpieniona, ale wrócę jeszcze do tego. Wczoraj zaczął mnie cholernie boleć ząb. Nie wiem, co jest wygląda na zdrowego a rusza się we wszystkie strony i boli jak cholera. Mam swoje sposoby na bolącego zęba – oczywiście powinnam iść do dentysty, ale mieliśmy wyjechać między 9 tą a 12 tą, więc zrezygnowałam z badań krwi i moczu i z tego dentysty, bo o wyjeździe dowiedziałam się wczoraj o 22 z minutami. Musiałam się spakować pomyśleć, co mam do jedzenia itd. Siedziałam do 4 rano, bo zgrywałam na You Tube filmik, ze zdjęć dla Niemców, który czekał na zmontowanie u mnie od stycznia i już mi było głupio, więc postanowiłam wszystkie zaległe filmy zmontować i wgrać na You Tube. To trwa strasznie długo, bo jadę na jakimś darmowym Internecie, który mi się przyplątał a który dlatego, że darmowy jest wolny jak cholera. 
Na 8 nastawiłam budzik, żeby się spakować i naiwna na 9 tą być gotowa.
Powinnam pojechać do Marka na Mazury i w spokoju popływać na jachcie a nie zawracać sobie głowę z tym „nawiedzeńcem”. 
Z Markiem też jest problem, bo on lubi sobie podrinkować a ja nie bardzo mogę.
 ~~~~~~~
Ech, pragnę podziękować mojemu dziecku nie tylko za pobyt w Mediolanie, ale i za pomoc - jaką to ona wie. 
Ratuje mnie zawsze w podbramkowych sytuacjach, mogę liczyć na nią jak na nikogo na świecie i to jest bardzo cenne.
 ~~~~~~~
Czuję się bardzo kiepsko, nie wiem może to sprawa trudnej aklimatyzacji. 
Ciągle puchnę i nie wiem, dlaczego, boli mnie kręgosłup w odcinku lędźwiowym/to sprzed 3 dni/. Muszę za chwilę pójść na spacer z kijkami, żeby ten ból rozchodzić.
Jem czosnek na potęgę, znaczy tyle ile mój organizm jest w stanie wytrzymać.
 ~~~~~~~
Zmontowałam wszystkie filmy i te z pobytu w Mediolanie i zaległe. Robię je na razie po mniej niż 10 min, takie filmy lepiej są przyjmowane przez You Tube. Pomyślałam, że kto będzie chciał napisze mi na Facebooku prośbę o link na You Tube i będzie mógł film obejrzeć. Nie chcę go dawać do publicznego oglądania, gdyż czasami przewijają się tam moje dzieci i nie wiem czy chcieliby, żeby każdy ich oglądał. Na You Tube wszystkie filmy mam w katalogu niepubliczne i mogę je udostępniać znajomym.
Gdyby nie to, że bardzo kiepsko się czuję, mogłabym jechać do Gdyni – jestem zaproszona przez znajomego i później na żagle na Mazury. 
Muszę jednak się wykurować. Jak czosnek mi nie pomoże będę musiała w poniedziałek iść do lekarza. Byłam. Przedwczoraj byłam przerażona, bo nogi mi tak spuchły, że oparłam piętę na chwilę na piszczeli i zrobiło mi się tam takie wgłębienie wielkości połowy piłki tenisowej. Strasznie to wglądało, rozmawiałam z kolegą żeglarzem przez telefon a on mi tłumaczył, że za bardzo przejmuję się swoim zdrowiem. Twierdził, że jak człowiek jeszcze może chodzić to znaczy, że nic mu nie jest – mam dylemat, bo nie wiem może ja faktycznie mam hipochondrię i przejmuję się bez powodu.
Przecież jeszcze nie tracę przytomności, nie zwijam się z bólu. Może przejmuję się tą opuchlizną bez powodu.
Samo przyszło samo pójdzie. Niech ktoś mi powie czy ja histeryzuję? Nie wiem zawsze sama musiałam oceniać jak każdy swój stan zdrowia, ciągle żyję, więc może przesadzam. Byłam u lekarki – ostatni jej dzień pracy przed urlopem. Zapisała mi lek rozrzedzający krew. Bez żadnych badań. Na badania ją namówiłam, ale i tak ich nie obejrzy, zaś lek znosiłam bardzo źle i po pierwszej tabletce odstawiłam.
Ściąganie, pobieranie, udostępnianie zdjęć i treści – jest nie możliwe – objęte prawem autorskim.

Archiwum bloga