sobota, 20 października 2012

Isztwaan i Cannes

BAJSZA
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”  
* * * * *
Grand Hotel Le Florence jest bardzo przytulnym miejscem, choć jak widać nie pięciogwiazdkowy a trzy.
Może pokoiki trochę przyciasne, ale gdybym była tam sama byłoby mi o wiele przestronniej.
To był ten feler – pojechałam z kimś, kogo po 30 latach niestety zupełnie nie rozumiałam, ale co gorsza – z kimś, kto czuł się bardzo nieszczęśliwy, bo zostawił w kraju osobę, która była dla niego w tym momencie najważniejsza – swoją sekretarkę.
Hi, hi i to wcale nie automatyczną.
Cóż tam Riwiera, gdy miłość uwiera a serce tęsknota zżera.
* * * * *
Nie można niczego sobie wyjaśnić, gdy nie ma dobrej woli obojga.
Dopiero później mój kumpel wyjaśnił mi męski punkt widzenia.
Gdy facet ma inną babkę i ona mu nie tylko sekretarką, ale i szparką, to żadne fiki miki z Ameryki nie pomogą.
* * * * *
Wracając do książki Magdaleny Samozwaniec i pobytu sióstr w Nicei Lilka została zdradzona przez Sorka/wiewióra, którego przywiozła z Polski - skąd ja to znałam/.
„Lilka nienawidziła zdrad, miewała ich w życiu dosyć. 
Skoro tak, rzekła kiedyś do Madzi, smutna i naburmuszona – skoro Sorek woli ode mnie te angielskie dzieci, to go im daruję. 
Może mu u nich będzie lepiej niż u nas”
* * * * *
Skoro nic się nie dało ustalić wiedziona intuicją i dbałością o własne zdrowie psychiczne postanowiłam dać na luz – wypożyczyłam skuter i kupiłam rolki.
Zostawiłam mojego nieszczęsnego współtowarzysza z rozedrganym telefonem, rozpaczą w oku, szamotaniem pępka, sercem wyjącym z tęsknoty - zwiagrowanego na próżno i pojechałam w siną dal, bo pomyślałam sobie, że jeżeli pozwolę odebrać sobie jeszcze marzenia - to faktycznie już nic mi nie zostanie.
* *
Pierwszy dzień ze skuterem był rekonesansem po peryferiach Nicei, drugiego dnia wybrałam się do Cannes.
Miałam kiepską mapę, więc trochę pobłądziłam, ale już następnego dnia pojechałam krótszą i ciekawszą drogą wzdłuż wybrzeża.
Cała podróż w jedną stronę ok. 35 km, ale za to po wzniesieniach i jakie widoki, do dziś żałuję, że nie miałam aparatu tylko kamerę analogową i teraz ten obraz jest kiepski – zresztą wtedy też miałam tylko analogowy aparat, więc wiele by to nie zmieniło.
* * * * *
W Cannes jakiś młodzieniec z Węgier też zwiedzający Riwierę na skuterze zaprosił mnie ma karuzelę i lody.
Mieszkał jak ja w Nicei i przyjechał sam, – bo go dziewczyna "puściła w trąbę" - więc postanowił odreagować.
Zatem nie ja sama wpadłam na pomysł, że albo „wóz albo przewóz” i życie niech nas niesie w świat czarownych poruszeń, bez względu na względy.
Frajerom figa/hülye – füge/tak to miało brzmieć po węgiersku nie wiem jak, żeśmy się dogadywali, ale najbardziej to na migi.
Isztwaan, bo tak miał na imię był bardzo gadatliwy, ręce u niego jak u mima gestykulowały cały czas, ale chyba, nie zrozumiał, czemu ta figa jest głupia. J
Ciągle pytał czy ma kupić figi i wysłać tej swojej niebyłej już dziewczynie.
Byliśmy w największym Casinie w Cannes, ale jeszcze było zamknięte i nie mogliśmy wygrać fortuny, choć powszechnie wiadomo, że „kto nie ma szczęścia w miłości to w kartach ponoć je ma” – był jednoręki bandyta w holu, ale baliśmy się go. J
Wróciliśmy późnym wieczorem do Nicei
i umówiliśmy się na następny dzień na wycieczkę do Monako.
Na odchodne powiedział mi machając rękoma, że gdybym nie ja - tu pokazał na mnie, to on wsiadł na skuter udawał, że jedzie i zbiera łzy jedną ręką za pazuchę, czyli pod koszulę.
No to ja mu pokazałam, że wpadłby w poślizg i tu na środku Promenady udałam, że się przewracam.
Rzucił się, żeby mnie zbierać i śmialiśmy się do łez z tego naszego porozumiewania się.
Ja przestałam się śmiać dopiero pod drzwiami mojego hotelowego pokoju, choć dalej śmiać mi się chciało, bo w życiu nie widziałam, mężczyzny 4 dni w erekcji bez przerwy.
Widać ówczesna wiagra jeszcze była kiepska i chyba przedawkował sądząc, że po to go ze sobą zabrałam. 
Paradował cały czas po pokoju w slipach – a ja nic jak Lilka uznałam, że z nikim dzielić się nie będę i nich sobie idzie do swojej szparki.
Jak to czasami nie wiemy, czego ludzie się po nas spodziewają.
A ja mogłam jak bym tylko chciała młodszego pocieszyć – tylko jakoś nigdy widać nie uważałam, że to jest panaceum na cokolwiek. Zwyczajnie nie miałam potrzeby takiego dowartościowania się.
Jednak, dzięki temu, że poznałam Isztwaana już mnie nie drażniło to, że mój współlokator z pokoju, ciągle znika, żeby telefonować.
Bawiło mnie to, bo wiedziałam, na czym stoję, a to dla mnie wtedy miało najwyższą wartość.

Na rolkach i skuterze po Riwierze ;)

BAJSZA
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”  
* * * * *
Człowiek czasami tak bardzo pragnie się oczyścić ze wszystkich smutków, ran i niepowodzeń, że musi gdzieś się zaszyć daleko od swoich kłopotów - znaleźć swoją pustelnię.
Wybrałam takie miejsce, gdzie wszystko powinno być piękne, czyste i porywające w obłoki.
Miejsce wybrałam super.
Był w tej podróży jeden feler, ale dziś po latach nie warto nawet o nim wspominać. 
NICEA - 
leży nad Morzem Śródziemnym, na Lazurowym Wybrzeżu.
Wzdłuż wybrzeża ciągnie się bulwar Promenada Anglików o długości 7 km, którą od środka mniej więcej, bo z wysokości Grand Hotelu Le Florence do Portu handlowego, pasażerskiego i rybackiego oraz z drugiej do międzynarodowego portu lotniczego(drugiego pod względem znaczenia we Francji) jeździłam codziennie na łyżworolkach - kupionych z oszczędności przeznaczonych na perfumy i jakieś dobre wino, które miałam przywieźć w prezencie dla ciotek i mamy.
Czyli średnio licząc przejeżdżałam wieczorkiem ok. 14 km, co dawało mi ogromną radość.
Inspiracją do oczyszczania się przy pomocy wysiłku fizycznego stał się nieświadomie pewien starszy pan, którego każdego wieczora kierowca przywoził na Promenadę i czekał aż ten sobie pojeździ.
A jeździł wręcz figurowo, co mnie biorąc pod uwagę jego wiek lekko zszokowało.
Czytałam historię Nicei i obserwowałam jeżdżącego.

Nicea była dawniej kolonią grecką Nikaia została założona ok. 300 p.n.e. przez Fokijczyków z Massalii.
W czasach rzymskich Nicea była ważnym portem.
Od III w. była siedzibą biskupstwa.
Od V w. częste najazdy Germanów i Saracenów. W średniowieczu, zagrożona przez Genuę, broniła swojej niezależności w sojuszu z Pizą.
W XIII-XIV w. kilkakrotnie pod władzą hrabiów Prowansji.
W 1388 r. poddała się książętom Sabaudii, którzy przyczynili się do rozwoju miasta.
Podczas wojen Franciszka I z cesarzem Karolem V w 1543 roku Nicea została złupiona po oblężeniu przez połączone wojska francusko-tureckie.
W 1626 r. uzyskała znaczne przywileje; za panowania Ludwika XIV wielokrotnie znajdowała się pod okupacją francuską. Odstąpiona Francji przez Królestwo Sardynii w 1860 r.
* * * * *
Dla mnie najważniejsze było jednak to, że w czasach przedwojennych była europejskim kurortem, do którego zjeżdżali nieszczęśliwi poeci, panienki z dobrych domów a i leciwe matrony ze swoimi podopiecznymi.
Przyjeżdżały tu zimą panienki Kossakówny - Lilka i Madzia.
„Po śniadaniu ubierały się w białe płaszcze, na głowy kładły słomkowe kapelusze, jako, że w grudniu jest na Riwierze tak ciepło jak u nas w maju”/fragment z książki Maria i Magdalena" – Magdaleny Samozwaniec.
Magdalena opisuje, jakich forteli używały - by wśród tych najelegantszych i najbardziej ekscentrycznych kobiet świata zwrócić na siebie uwagę.
Ja wręcz przeciwnie najchętniej stałabym się niewidoczna, dlatego w dzień zwiedzałam
 jeżdżąc na pożyczonym skuterze,
przepraszam za kiepską jakość tych zdjęć ale one zostały przetworzone i najlepiej oglądać film w małym formacie.
 – bo najbardziej pociągały mnie klimatyczne zakątki poza Niceą - wieczorami zaś jeździłam na rolkach.
To jeszcze nie koniec - jest jeszcze dalszy ciąg.

poniedziałek, 15 października 2012

Co piszczy w trawach?

BAJSZA
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”  
* * * * *
Każdy z nas składa się z energii, która ma ogromny wpływ na nasze życie.
Już Franz Antoni Mesmera /1734 – 1815/, który stworzył metodę leczenia opartą na założeniu istnienia tak zwanego, bliżej nieokreślonego, MAGNETYZMU ZWIERZĘCEGO, którym wg jego twierdzeń dysponują wszystkie istoty żyjące.
Energią tą można było wg niego oddziaływać na inne osoby w celach terapeutycznych.
Ja śmiem powiedzieć, że od tej energii zależy, jakość naszego życia.
Niektórzy wręcz uważają, że ta energia jest widoczna w postaci aury, która każdego człowieka otacza.
Każda istota wytwarza wokół siebie pole energetyczne zwane inaczej aurą.
Sama nazwa pochodzi ponoć od greckiego słowa aura oznaczającego bryzę.
U człowieka jest to nasza bardzo osobista wibracja.
Tybetańscy mistycy twierdzą, że to subtelne światło określa osobowość człowieka, natomiast jego odcienie związane są z myślami, pragnieniami czy zamiarami i w zależności od nich mają różne barwy.
Podstawowy kolor jest dominujący i zarazem najbardziej widoczny w naszej aurze.
Energia przepływająca przez nią odzwierciedla naszą osobowość, tryb życia, myśli i emocje.
Obserwując kolory aury możemy określić stan psychiczny człowieka a także stan jego zdrowia.
Z aury wyczytać także można cechy jego charakteru.
Kolory aury nie są stałe i zmieniają się zależnie od stanu psychicznego.
Podstawowy kolor naszej aury mówi o naszej postawie życiowej oraz o utrwalonych już cechach charakteru. 
Oto niektóre kolory aury i ich znaczenie:
 Czerwień; to siły żywotne, zdrowie, agresja, zmysłowość
Pomarańcz; oznacza emocje, przyjemności, energię, współpracę
Żółty; optymizm, zadowolenie, zdolności, kreatywność
Zieleń; uzdrawianie, serdeczność, współczucie, umiłowanie przyrody
Niebieski;  nauczanie, kreatywność, komunikacja, rozwój, talenty
Indygo;  mądrość, charyzma, dojrzałość, jasnowidzenie
Fioletowy; duchowość, inspiracja, świadomość, humanitaryzm
Róż; to młodość, delikatność, wrażliwość, naiwność
Brąz; to pokora, poświęcenie, ostrożność
Srebrny; intuicja, idealizm, marzycielstwo, wizjonerstwo
Złoty; nieograniczony potencjał
 Aura wskazuje na stan, w jakim w danym momencie jest nasz umysł, ciało i dusza.
Pozytywna energia aury, ma czysty i wyraźny kolor i nie jest niczym zmącona.
Kolory blade, zgaszone, "przybrudzone" oznaczają niskie wibracje i mało pozytywne uczucia.
W ten sposób można poznać kłamców, osoby zazdrosne, nieżyczliwe, kierujące się niezbyt czystymi intencjami wobec innych.
* * * * *
Cały problem polega na tym, żebyśmy tę aurę widzieli.
Oczywiście nie każdy z nas jest w stanie zobaczyć ją fizycznie, lecz większość z nas przy odrobinie wysiłku jest w stanie przy pomocy własnej intuicji odczytywać te energetyczne wibracje.
Szczególnie wtedy, gdy czujemy, że coś nie gra.
Wyczuwamy w innej istocie czy zdarzeniu złe energie, których się obawiamy.
U innych istot, ludzi - jest o wiele trudniej niż u siebie.
U siebie zwykle natychmiast wyczuwamy zmiany nastrojów, a więc to, jakie energie nami kierują czy inaczej kumulują się w nas łatwo jest dostrzec.
Sądzę, że niezwykle ważną rzeczą jest umiejętność poznania samego siebie, bo to pozwola nam osiągać w życiu stany szczęśliwości, co będzie przekładało się również na nasze otoczenie/czyli rodzinę, najbliższych kolegów itd/.
Zwróć uwagę, że o wiele łatwiej jest pochylić się nad chorym psem czy kotem, niż zauważyć, że w naszym organizmie dzieje się coś dziwnego.
Absolutnie nie zachęcam tu do hipochondrii. Próbuję uświadomić każdej osobie, że jeśli będziemy znali siebie, łatwiej nam będzie rozumieć innych, ale również zdarzenia, które wokół nas będą się działy.
* * * * *
Wróćmy do tego nieszczęsnego pożaru w moim mieszkaniu.
Przyjechałam ze Szczecina, gdzie robiłam duży materiał zdjęciowy do folderu.
W domu nie było mnie prawie 6 miesięcy.
Był listopad. Wpadłam do domu na 3 dni, bo miałam jeszcze zrobić trochę zdjęć w zimowej aurze.
Było zimno, więc napaliłam w kominku wieczorem i poszłam spać. 
ZAPOMNIAŁAM przez te 6 miesięcy, że rura doprowadzająca dym do komina była poprawiana i powinno się ją w pierwszym paleniu poobserwować, czy wszystko jest ok.
Krótko mówiąc zlekceważyłam jedną z głównych zasad w takich razach.
Szczęśliwie przespałam noc i rano postanowiłam pojechać do miasta samochodem, który stał 4 miesiące w garażu, bo w Szczecinie miałam samochód zleceniodawcy do dyspozycji, więc swój zostawiłam w domu.
Wyjeżdżając przymknęłam komin, by zbyt mocno się nie paliło.
Po zapaleniu samochodu w garażu weszłam jeszcze na sekundę do domu, bo musiałam wszystko pozamykać – samochód już stał przed domem. W kuchni, która u mnie jest największym mieszkaniem, bo połączona z salonem zauważyłam taką wiszącą mgiełkę – pomyślałam, że to dym z rury wydechowej samochodu zawisł tak między promieniami słońca wpadającymi przez okna. 
Zlekceważyłam 2 sygnał – właściwie nawet mi na myśl nie przyszło, że to jest dym z komina czy schowka za kominem, gdzie prawdopodobnie już rozpoczął się pożar.
Poprawienie rury doprowadzającej dym do komina, miało zabezpieczyć przed ewentualną nieszczelnością. 
Fachowiec, który to robił wyciął kawałek żaroodpornej płyty i wstawił po uszczelnieniu, ale inny, który nie był żaroodporny.
Zapaliła się okleina płyty, ta wypadła ze ścianki i wpadła w plastikową skrzynkę z wiertarkami i innymi narzędziami.
Plastik zaczął palić się błyskawicznie.
Po 4 godzinach, gdy wróciłam mieszkania były kompletnie zniszczone.
Zlekceważyłam 2 sytuacje, na które moja intuicja wcześniej zwracała mi uwagę.
Efekt tragiczny.
Dlatego piszę o tym, że jeśli wokół nas dziej się coś, co nas niepokoi nie wolno nam tego lekceważyć, to dotyczy sytuacji zewnętrznych czy stricte nas samych.
Złe energie często wręcz boleśnie nas dotykają, nie powinniśmy ich lekceważyć. 
Warto zastanowić się skąd się biorą i próbować zniwelować je czy choćby zapobiec kumulowaniu.
Lucja napisała do mnie „…nie powinnaś poruszać tej sprawy.
Dosyć już przeżyłaś. Sprawy się odświeżą i znowu będą robić Tobie różne nieprzyjemności.” Udawanie, że nic się nie stało, to jak zlekceważenie tego wiszącego dymku.
Jeśli coś nam doskwiera, mamy np. kamyk w bucie, należy się schylić wyciągnąć go na wierzch i wyrzucić.
Tak też jest z innymi sprawami, które nas zabolały w życiu – trzeba bez względu na konsekwencje wyjąć je na wierzch i……wyrzucić. Chodzi o to, by nie tłamsić nie kumulować w sobie złej energii.
Jestem pod tym względem już wyszkolona, życie nauczyło mnie jak sobie radzić z emocjami.
Nie noszę urazy w sercu, gdy oczyszczę tzw. teren. 
Z ludźmi, którzy mnie skrzywdzili potrafię normalnie rozmawiać, potrafię być wobec nich empatyczna z tzw., czerwoną lampką zapaloną, wewnątrz, która od czasu do czasu przypomina mi żebym uważała, bo tu może być niebezpiecznie.
Mam świadomość, że nie każdemu będzie się podobało, że piszę o takich sprawach, jednak właśnie tłamszenie w sobie bólu, urazy, niechęci – to nic innego jak kumulowanie złej energii.
Mój kolega mówi wyjmij to zetrzyj na proch i wyrzuć na pustynię.
A ja sobie myślę – pustynia ma być śmietniskiem złej energii – nie ja uważam, że trzeba zamienić taką energię w dobrą.
Zatem kiedy mi smutno i coś mi doskwiera idę szukać piękna.
Tak powstał cykl zdjęć pt; 
„Co w trawie piszczy?”
Przez sposób postrzegania świata w określonych nastrojach poznajemy również siebie.
Czy takie nastroje nie napełniają nas dobrą energią?









 Zdjęć z tego cyklu jest bardzo dużo - wybrałam tu kilka, by pokazać, że zwykła trawka, może nam poprawić nastrój.
Ktoś powiedział, gdy jest nam smutno oglądamy zachody słońca - coś w tym jest. 

niedziela, 14 października 2012

Czym żywią się hieny?

BAJSZA
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”  
* * * * *
Okrutnie napisałaś Łucjo tak? 
„Bardzo trudno uwierzyć, by znajomi, koledzy tak okrutnie Ciebie nazywali.
Czasem życie jest straszne a ludzie nieprzewidywalni.”
Słonko ja nie wiem, w jakim świecie Ty żyjesz, ale to wcale nie czasami - to się dzieje, na co dzień i w każdym środowisku.
Możemy udawać, że tego nie zauważamy, – ale to dzieje się każdego dnia.
Trzeba tak naprawdę mieć skórę słonia by nie zwracać na to uwagi.
Łucjo – kochałam swoją pracę, wiesz, dlaczego, bo dzięki niej miałam bardzo bliski kontakt z mało wtedy jeszcze zmanierowaną młodzieżą, patrzyłam jak się ubiera zachowuje i jak kameleon przystosowywałam się do niej.
Lubiłam przebywać z młodymi, bo jeszcze nie całkiem byli wyrafinowani. 
Jeszcze łatwo było ich wzruszyć i rozbudzać ich inteligencję emocjonalną, poruszyć jak struny ich zmysły.
Moi koledzy?
To straszne, co napiszę, ale tak naprawdę ja miałam jedną koleżankę, która miała odwagę narazić się dla mnie jeden jedyny raz, gdy wszyscy wzięli wodę w usta i udawali, że nie słyszeli, co mówiłam, bo postawienie się wtedy  władzy – mogło zakończyć się brukiem z wilczym biletem.
Życie weryfikuje przyjaźnie. Miłość zresztą też.
Ja mam serdecznego kolegę – może nawet przyjaciela/nie mylić z kochankiem/, który w 120% akceptuje mnie taką - jaką jestem a ja jego akceptuję w 95%.
Na szczęście ja już nie pracuję i prawie jestem poza tymi różnymi układzikami.
Piszę prawie, bo mój kolega stracił pracę kilka lat temu i aby dotrwać do emerytury przyjmuje każdą, czasami nie mającą nic wspólnego z jego wykształceniem.
Ostatnio pracuje z takimi prymitywnymi babami, które cały czas rzucają mięsem tak, że murarze wysiadają przy nich w przedbiegach.
Póki się nie dowiedziały od kogoś, że on jest po studiach było wszystko ok, ale ktoś im powiedział i teraz cały czas robią różne wredne sabotaże, żeby go wylali z tej pracy.
Wraca codziennie do mnie, bo wynajęłam mu pokój,/mieszka 32 km od tej pracy/ i słucham, jaki jest wkurzony.
Codziennie robią mu jakieś świństwa a to jest naprawdę bardzo dobry i przyjazny człowiek.
Boję się, że któregoś dnia może stracić cierpliwość i ….lepiej nawet o tym nie myśleć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jego szefowa wysłuchuje donosicielki, które najpierw coś celowo schrzanią, a później idą jej donieść, że to on.
Szefowa zamiast pogonić wredne babska, to wysłuchuje je i powtarza jemu.
Czujesz już tę atmosferę?
Każdego dnia wraca wkurzony do granic możliwości, ale co ma zrobić – tę pracę znalazł pół roku temu, gdy już przez 5 miesięcy nie miał żadnych pieniędzy na życie.
Mówisz słońce, że „trudno uwierzyć”.
Ano trudno, ale takie jest życie.
Kiedyś zrobiłam takie zdjęcie, pod supermarketem siedział sobie ten pan.
Znałam jego historię, żebrał, bo tak potoczyło się jego życie, ale ani ja ani inni ludzie nie wiemy, co spowodowało, że nie chciał już dłużej żyć w społeczeństwie i uciekł w alkohol – też był po studiach, piszę był, bo chyba już nie żyje.
Wszystko jest ok, póki masz innym coś do zaoferowania, co dla nich ma jakąś wartość, gdy to stracisz - tracisz kolegów. 
* *
Przypomniała mi się jeszcze jedna zabawna historia, gdy odchodziłam z pracy to taki panował przynajmniej u nas zwyczaj, że jakoś uroczyście mówiło się takim osobom - pocałuj nas w nos i nie zawracaj więcej głowy no i zwykle jakieś ziele albo coś tam....
Celowo odeszłam z dnia na dzień w ciągu roku, oczywiście po wcześniejszym pisemnym uprzedzeniu dyrekcji, znowu uznano, że za cwana byłam i musieli mi zapłacić za nadgodziny - czego by nie musieli gdybym normalnie odeszła na koniec roku - więc mnie nie pożegnano - za karę i kazano mi przyjść/za 4 miesiące/ na zakończenie roku jak chcę wysłuchać pożegnania - ale ja nie chciałam.
Jeden z moich kolegów a wcześniej mój uczeń, którego kiedyś byłam wychowawczynią, źle się z tym czuł, pobiegał między ludźmi i zebrał jakieś pieniążki na książkę pożegnalną/ale chyba nie była to książeczka do nabożeństwa J/. 
Niestety reszty nie dopilnował i poprosił inną koleżankę, żeby mi ów prezent od tych, co mnie lubili wręczyła. 
Niestety ta koleżanka zapomniała i prezent zostawiła jak sądzę dla siebie.
Po trzech latach zapytano mnie jak mi się podobał ów prezent a ja otworzyłam oczy jak wrota obory, bo nie wiedziałam, o co biega?
Hi, hi myślałam wtedy, że to było jakieś głupie przeoczenie, tym bardziej, że byłam w domu u tej koleżanki ze 2 tygodnie wcześniej, bo prosiła mnie, żebym jej jakieś zdjęcia kogoś z rodziny upiększyła w programie graficznym. Okazało się jednak, że nie - prezent dla mnie od tych, którzy mnie lubili stracił się na amen i do dziś do mnie nie dotarł.
Może nad grobem - w strachu przed tym, że będę ich straszyć, wrzucą mi go na wieczność, żebym miała sobie - TAM co poczytać ;)

W sumie sama świadomość, że ktoś mnie z kolegów lubił jest dla mnie już ogromną rekompensatą za te lata wspópracy ;)
* *
Podoba mi się to powiedzenie.
„Przyjaciół poznaje się w biedzie/i to, co teraz nastąpi jest najważniejsze/- naucz się, zatem biedę traktować jak przyjaciela, bo inaczej przekonasz się jak bardzo jesteś samotny.”
* * * * *
Kiedy spaliły mi się mieszkania, byłam kompletnie przybita nie wiedziałam jak zabrać się do remontu ani za co?
Napisałam pismo do pracy o bezzwrotną pożyczkę doręczając zdjęcia szkód 
tak to mniej więcej wyglądało we wszystkich mieszkaniach.
i dostałam nie mogę powiedzieć 500 zł. 
Było mi smutno, bo nikt nawet nie zapytał mnie czy nie potrzebuję jakiejkolwiek innej pomocy.
Człowiek z galerii fotograficznej zaoferował mi swoją pomoc - ale dałam radę zupełnie sama Łucjo, bo ja mimo całej swojej wrażliwości jestem twarda baba.
Musiałam sama, bo nie było mnie stać na fachowców, żeby zrobili mi remont. 
Najgorsze było to, że musiałam całą zimę spać w tym rakotwórczym smrodzie.
* * 
Jeśli masz jednego przyjaciela Łucjo jak ja możesz uważać się za szczęściarę.
Jeśli powiesz mi, że masz wielu – powiem Ci, że jeszcze nie wiesz, co to jest przyjaźń.

piątek, 12 października 2012

Angielskie impresje

BAJSZA
Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
* * * *
Problem ze mną był zawsze taki, że jak już coś robiłam to dbałam o to abym była bardzo kompetentną osobą, bo taką, żeby utrącić trzeba mieć naprawdę mocne argumenty.
Pamiętam jak kiedyś rozbawił mnie do łez mąż mojej koleżanki. 
Zadzwonił do mnie i zaprosił na kawkę do nich pod pretekstem, że może coś zaradzę, bo Halinka jakaś małomówna się zrobiła, co zupełnie do niej nie było podobne.
Poszłam nie pytając o nic więcej a tu się okazało, że ten stateczny pan ma dla mnie propozycję zdawać by się mogło nie do odrzucenia.
To było jeszcze przed Anglią, ale tuż po Włoszech, gdzie byłam właśnie z Halinką.
Basiu doszliśmy z Halinką do wniosku, że Ty się marnujesz w tej pracy jesteś taka….. i tu oczywiście grubo przesadzone wszystkie moje walory wymieniali na zmianę. 
Mówcie, o co chodzi, bo mnie zaraz szlag trafi. Mam wziąć dla Was kredyt czy co?
Z. zaczął się śmiać i wali do celu. 
Wiesz, że wykładam na Uniwersytecie filozofię wiesz, że kasa z tego jest, jaka jest. 
Mógłbym dorobić trochę jakbym miał jakąś doktorantkę, ale wziąć jakiegoś tłumoka i później kolebać się z nim to nie sztuka – przecież Ty doktorat zrobiłabyś w cuglach a akurat dołączyli do nas filię waszego AWF-u i ja tam mam wykłady z filozofii, więc mógłbym jakiś temat pokombinować – pomogę Ci i Ty zyskasz a i ja z Halinką mielibyśmy pieniążki na wakacje.
Dostałam ataku śmiechu – na cholerę mi ten doktorat – oczywiście, że bym zrobiła bez problemu, ale przewidujesz, co byłoby dalej?
Patrzył na mnie zdziwiony. 
No mogłabyś zostać dyrektorem.
Pokiwałam głową.  Co Wy mi tu pitolicie? Chcecie, żeby mnie ludzie żywcem zżarli.
Musiałabym swoją firmę rozwinąć i tylko z niej się utrzymywać a już czasami mam dość tego, filmowania.
Jak trochę pomyśleli zrozumieli, że potrafię przewidywać, choć nie jestem Pytią i dali mi spokój z doktoratem.
* * * * *
Tak też było z tą Anglią, trzeba było wiedzieć wcześniej czy warto?
Bardzo lubię wiersz Stachury pod tym właśnie tytułem
CZY WARTO
 „Zwalić by można się z nóg
Co rusz,
Co krok.
 Co noc,
to szloch.
I rozpacz.

Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Raczej nie warto.
Nie, nie - nie warto.

Zginąć by można jak nic:
Do żył
Jest nóż.
 Lub w dół
Na bruk
Z wysoka.

Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Nie, nie - nie warto.

Jechać by można do miast
Lub w las
Na błoń.
 Na koń
I goń
Nieboskłon.

Ale czy warto?
Może nie warto?
Ech, chyba warto...
Tak, tak - warto.
Bardzo to warto.
O, tak - to warto.
Jeszcze jak warto!"
* * * * *
Czasami warto zadać sobie pytanie – 
CZY WARTO?
Filmowanie mnie dobijało czasami, pijani faceci przystawiali się do mnie w czasie pracy a ja nawet nie mogłam im kopa między „oczy dać” – no, bo klient nasz pan, więc musiałam udawać, że to jest zabawne.
Kasa jak pisałam była wtedy naprawdę nie zła a ja miałam taką renomę, że ludziska zamawiali terminy na półtora roku do przodu.
Ten wyjazd do Anglii mógł mnie uwolnić od tej słodkiej roboty.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że pojechałam tam dla siebie, bo kocham fotografowanie a wiedziałam, że będę uczyła się od najlepszych a młodzież pojechała przy okazji.
Ten ktoś nie wiedział, że ta Anglia pomogła mi też rzucić to filmowanie tydzień w tydzień przez 12 lat.
Nie było to łatwe trzeba było sobie uzmysłowić, że raptem stracę 5 krotną moją pensję w szkole.
W tydzień na tych filmach zarabiałam więcej niż przez cały miesiąc w pracy a do tego miałam tyle jedzenia zawsze, bo pakowano mi weselne wałówki, że tortami i szynką, kaszankami. kabanosami i kawiorem karmiłam moje psy, bo sami nie byliśmy w stanie tego przejeść.
Do tego zawsze literek najczęściej samogonu, ale nie rzadko wódeczki ze spirytusu doprawiane a i gatunkowe Aguardiente czy Armagnac było kiedyś Curacao i Sake, ale chyba największy skarb dostałam - sorry nie podam namiarów od spirytusowego szefa naszego regionu.
 Mam ją do dzisiaj, bo szkoda mi było otworzyć.
Najgorsze, było to, że my wódki nie piliśmy i gdyby nie dziadziuś, który co jakiś czas o połówkę prosił no i różni fachowcy, to chyba monopolowy mogłabym otworzyć.

Zrezygnować łatwiej chyba byłoby ze szkoły niż z tego Edenu a jednak?
Zawsze jest; „Coś za coś” – trzeba wiedzieć gdzie jest granica tej ceny.
Ja właśnie wtedy sobie uświadomiłam, że nie mogę dłużej tego robić z wielu powodów. 
Nawet nie warto ich tu wymieniać.
W każdym razie mnie pieniądze nie uszczęśliwiały.
W 1999r, czyli w 3 lata po tej decyzji połowę moich oszczędności oddałam córce na start w nowe życie.
Reszta pomogła mi urządzić się na nowo, gdy wszystko się rozsypało.
Nawet hi, hi „brykę” sobie kupiłam - wtedy nową i do dziś nią jeżdżę – amerykański krążownik szos ;)
W Anglii było cudownie. 
Już na początku zaczęło się z humorem. Na promie bujało jak cholera, wszyscy pierwszy raz takim wielkim płynęliśmy, więc biegaliśmy po wszystkich poziomach – nawet w klasie biznes byliśmy przy barze, ale za drogo było dla nas. Gosia najgorzej to znosiła, – więc wsadziliśmy ją na konika, takiego dziecięcego żeby nie wiedziała, czy to prom czy konik tak się buja a śmialiśmy się przy tym jak na diabelskim młynie
Gdy już dopływaliśmy do Dover wszystko bolało mnie od śmiechu.
Zapomniałam jeszcze napisać, że w Belgii policja zrobiła naszemu autokarowi taki kipisz w polu, że nasza bielizna fruwała po polach, zwinęli jakąś babkę i puścili nas.
W Dover mieli nas odebrać organizatorzy.
Widać było, że już tym naszym promem płynęły grupy z Włoch, Węgier i inne niezidentyfikowane.
Na odprawie celnej trochę się wkurzyłam, bo Polakom kazali stanąć w oddzielnej kolejce.
Później okazało się, że załadowali wyczytując po kolei grupy wszystkich gości oprócz nas.
Powiedzieli, że podjedzie za pół godzinki samochód i nas zabierze, bo brakło miejsca.
Jako, że humor mimo wszystko nam dopisywał, Gosia wyjęła skrzypce, – bo kazali zabrać osobom, które grały instrumenty. 
Kasia fortepianu nie zabrała i powiedziała, że jakby, co to się nie przyzna. 
Zatem Gosia koncertowała, ja położyłam swój kapelusz na datki a Michał powinien zatańczyć, bo tańczył całe lata w zespole ludowym, ale tak go zaintrygował, angielski bankomat, który połknął jednemu Anglikowi 50 funtów, że postanowił, tak do niego przemówić, by oddał kasę. 
Tyle że z angielskiego był słaby, bo uczył się w szkole niemieckiego i bankomat na jego argumentację słowną nie reagował.
Zaczął z nim ręcznie rozmawiać, ale go powstrzymałam, bo bałam się, żeby nas nie aresztowali.
Czas płynął a samochodu ani widu ani słychu.
Gdy minęły 3 godziny zdecydowałam, że dzwonimy do nich, że przyjedziemy sami na miejsce taksówką, ale koszty muszą nam oddać, bo nie mamy za dużo kasy.
Nawet nie mieliśmy pojęcia, że to jest odległość 172 mil i jeszcze do tego trzeba promem na wyspę Wight dopłynąć.
Trafiliśmy na super taksiarza, który nie tylko nam to uświadomił, zabrał naszą czwórkę z bagażami łamiąc przy tym jakiś tam przepis wreszcie wziął od nas naprawdę nie wiele, podwiózł nas pod ostatni prom na czas i jeszcze zrobił sobie z nami zdjęcie życząc nam wszystkiego najlepszego. 
Dał nam rachunek taki, że jeszcze na tej podróży zarobiliśmy po parę funtów.
Dostaliśmy super domki ja salon z 2 sypialniami, kuchnią i łazienką – wyposażone ekstra.
Dziewczyny we 2 mieszkały w takim samym domku a Michał jak ja sam.
Te domki są za takim granatowym samochodem z białym bagażnikiem w filmie, niestety, jakość tego filmu jest kiepska, bo filmowaliśmy analogową kamerą i pobranie stop klatek przez program cyfrowy wpłynęło niekorzystnie na ich, jakość.
Mój współlokator właśnie mi oświadczył, że zabiera mnie jutro na rybkę, bo tak przez cały tydzień rybka po nim chodzi. 
Co tym facetom się robi z braku laku J

Już następnego dnia rano byliśmy w szoku gdy zobaczyliśmy jak dużo osób przyjechało.
Byli ludzie praktycznie z całej Europy, niektórzy już znali się, bo nie było to ich pierwsze spotkanie.
Wszyscy przyszli na stołówkę – to była ogromna sala ładnie urządzona – sporo luster i przyjemny klimat.
Ogromny stół szwedzki, na którym było praktycznie wszystko, o czym można było zamarzyć. Owoce, sałatki, wędliny, mięsiwa, sosy, pieczywa w różnych gatunkach. Niektóre potrawy np. sosy widziałam pierwszy raz w życiu a już trochę po świecie jeździłam.
Musieliśmy mieć oczy jak koła młyńskie i nie bardzo każde z nas wiedziało, co warto spróbować. Szef całego spotkania oświadczył, że po śniadaniu będzie zebranie, na którym dowiemy się jak będzie wyglądał nasz pobyt tutaj.
Młodzież miała osobne zebranie a opiekunowie oddzielne – czułam się trochę jak tabaka w rogu, bo po angielsku prawie nic nie rozumiałam.
Udało mi się jakoś przedstawić, co uznałam za spory sukces.
Okazało się, że jest opiekunka zespołu z Łodzi i opiekun z Krakowa, – czyli z Polski były 3 zespoły.
Wspólnymi siłami jakoś zorientowaliśmy się, że dostaniemy program szczegółowy, co którego dnia i gdzie robimy. Wszyscy młodzież i opiekunowie będą podzieleni na 10 osobowe grupy w taki sposób, żeby każda osoba była z innego kraju.
Organizatorzy na wstępie powiedzieli, zapomnijcie języki angielski i swój narodowy. Będziemy komunikować się na migi, czyli językiem niewerbalnym. Byliśmy w szoku drugi raz. Żadne z nas nie miało tego typu doświadczeń, ja nawet z głuchymi nigdy nie miałam do czynienia.
Zajęcia były bardzo zróżnicowane tematycznie.
Było bardzo dużo praktycznych zajęć pobudzających kreatywność.
Każdą grupę miał prowadzić jeden organizator, ale na następne zajęcia przychodził już inny. Były zajęcia sportowe zorganizowane, ale w taki sposób, że każdy mógł sobie wybierać dyscypliny, które go interesowały. Ośrodek czyli; Savoy Country Club posiadał na swoim terenie 4 baseny kąpielowe – 3 kryte i jeden na powietrzu. Ujeżdżalnię z cudnymi konikami, kilka hal sportowych z boiskami do koszykówki, siatkówki a nawet jedną lekkoatletyczną 2 siłownie.
Ośrodek, był też miejscem szkoleń olimpijczyków stąd tak dobre wyposażenie sportowe.
Były zaplanowane zajęcia z filmowania i fotografowania a także nauka obróbki materiałów na komputerach w programach graficznych.
Zajęcia muzyczne, jako alternatywne, dla tych, których nie bardzo pociągał sport. Nauka tańców szczególnie ludowych z danych krajów. 
Nie było jednak ograniczeń, po kolacji można było albo iść na dyskotekę, gdzie czasami grały zespoły ludowe np. szkockie i była nauka ludowych tańców szkockich albo iść pograć sobie w koszykówkę, popływać, czy nawet pojeździć konno/tu nie za długo, bo koniki po 20 tej szły spać/. Albo zwyczajnie posiedzieć w jednym z 4 pubów czy pograć w bilard. 
Były też zaplanowane wycieczki. Podzielono nas na 2 grupy i na zmianę raz 100 osób jechało a reszta miała zajęcia w ośrodku.
Byłabym nie uczciwa, gdybym czepiała się czegokolwiek. Zajęcia były bardzo profesjonalnie przygotowane.
Nawet te sportowe były przygotowane na tip-top.
Posiłki fantastyczne, można było sobie wybierać oprócz stołu szwedzkiego gorące dania – kaczki, kury, ryby, owoce morza, dania wegetariańskie do wyboru do koloru. Moi młodzi czasami zjadali po dwie porcje z łakomstwa, bo nie wiedzieli, co jest lepsze – nie było żadnych ograniczeń.
Było mało wolnego czasu, to może był jedyny mankament. Jak się chciało iść na spacer trzeba było urwać się z zajęć. Nie było jednak żadnego przymusu, bo zajęcia były tak ciekawe, że na początku przynajmniej nikt z zajęć się nie zrywał. Raz z Michałem nie poszliśmy na jakieś zajecie i spotkaliśmy się na siłowni. Innym razem poszłam z jedną z opiekunek zwiedzić Yarmouth, a dokładniej dzielnicę willową nad morzem, Fort Victoria i Country Park.
Później w odkrytym przez nas na tej wyprawie w zarośniętym krzakami opuszczonym domu – kręciliśmy z reżyserem telewizji BBC nasz pierwszy w życiu kryminał J

Czasami odbywały się konferencje, na których poszczególne grupy pokazywały swoje projekty, które przygotowywały z różnych dziedzin, ekologii, plastyki, muzyki itp.
Na te konferencje przyjeżdżali goście z Brukseli między innymi był późniejszy premier Francji Dominique de Villepin, byli też inni.
Młodzież mówiła na tych konferencjach o swoich krajach o tym, co daje im Unia Europejska a Ci którzy nie należeli jeszcze mówili, jakie nadzieje z nią wiążą.
Na tych konferencjach – dało się zauważyć konserwatyzm Anglików – widać już wtedy było, że nie zmienią u siebie waluty na euro i nie bardzo cokolwiek chcieli u siebie zmieniać, natomiast chcieli, aby reszta Europy dostosowała się do nich.
Jak później sobie to analizowałam widziałam jak bardzo dobrze przygotowali się do tego, by namówić poprzez młodzież kolejne kraje do przystąpienia do Unii.
Normalka „coś za coś”. Oczywiście trzeba mieć olej w głowie, zjeść lody jak częstują podziękować i zastanowić się, czego oczekują od nas w zamian.
Jednak te filmowo-fotograficzne warsztaty miały też podłoże polityczne i z tego sobie należało zdawać sprawę.
 Patrząc jednak z perspektywy czasu i biorąc pod uwagę fakt, że Unia Europejska została uhonorowana za swe dążenie do pokojowego załatwiania konfliktów - Pokojową Nagrodą Nobla – to faktycznie tak jak napisała nasza miejska gazeta, byliśmy pierwszymi, Europejczykami Unii nie tylko w naszym regionie ale i w Polsce.
Niestety mnie ten wyjazd w pracy szkolnej nie pomógł.
Koledzy uważali, że jestem cwana – umiem się zawsze ustawić w odpowiednim miejscu, żeby skorzystać.
No cóż to ile pracy włożyłam w to, aby wszystko zgrać i doprowadzić do szczęśliwego końca nikogo nie obchodziło.
Kiedy za rok znów przyszło pismo o konkursie – powiedziałam dyrektorowi, że są też inni nauczyciele niech i oni tego szczęścia zasmakują. Niestety nikt nie podjął się tego zadania i już młodzież nie miała szansy wyjechać.
Często się mówi o tym, że nauczycielom nie wiele się chce oprócz zajęć merytorycznych, za które mają płacone.
To prawda – zgadzam się z tym, ale nie to jest najgorsze, że niektórym się nic nie chce, ale to, że przez swą zawiść zniechęcają tych nielicznych, którym się chce.
A dyrektorzy i tak dają nagrody tym, którzy tańczą tak jak oni im zagrają – oczywiście pod cudzy sukces chętnie się podpinają, ale przynajmniej ja nigdy nie miałam z tego powodu, żadnych wymiernych pochwał ani nagród.
Dlatego potwierdzam, robiłam wszystko nie dla pochlebstw, czy jakiejś wydumanej popularności robiłam to DLA SIEBIE, bo nic nas tak nie nobilituje jak świadomość tego, że możemy coś zrobić lepiej niż inni.  

Archiwum bloga