czwartek, 20 września 2012

Niesympatyczna „Sympatia”

BAJSZA

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
* * * *
No i masz babo placek.
Dzisiaj po około 7 latach należenia do portalu randkowego Sympatia.
Dzięki któremu poznałam kilka bardzo sympatycznych osób osobiście – dostałam od zarządców tejże Niesympatycznej jak się okazuje SYMPATII - PREZENT.
Zablokowano mi konto: powód
„Twoje konto (bajsza) w serwisie Sympatia zostało zablokowane.
Powód: Zaproponowane przez Ciebie zdjęcie główne nie przedstawia aktualnego wizerunku Twojej osoby/ciekawe skąd ta pani wie? Ja jej na bank nie znam osobiście/. (Podstawa: § 5 pkt. 11). Proszę, wybierz zdjęcie, które prezentuje Cię w sposób wyraźny (wyraźne rysy twarzy lub sylwetkę z twarzą). Pamiętaj o prawidłowym ustawieniu miniatury zdjęcia, gdyż pojawia się ona we wszystkich miejscach Sympatii.”
Więcej korespondencji przytaczała nie będę, bo nie ma sensu. Pozwolę sobie tylko jeszcze zacytować końcówkę listu.
„Sympatycznie Pozdrawiam,
--
Marzena Chlebda
SOP (Sympatyczny OPiekun)
Odpowiedziałam na list no bo jak taką sytuację zostawić bez odpowiedzi, gdy pisze do mnie kolega z Sympatii, że musiałam coś nieźle narozrabiać, że aż mnie zablokowano.
„Droga pani Marzenko moje zdjęcie zostało zaakceptowane przez moderatora ponad rok temu, więc oczywiste jest, że nie jest z wczoraj.
Miałam zamiar przedłużyć swoją obecność w portalu, bo jestem już ładnych parę lat.
Niestety okazuje się, że to Wy naruszyliście mój wizerunek, bo dowiedziałam się od znajomego z Sympatii, że "jakieś oszustwa robię", bo mnie zablokowano - co mam o tym sądzić?
Sympatia, która ma mnie wspierać robi mi koło "pióra"?
Droga Pani Marzenko jakiś czas temu jedna z pań będąca w Sympatii wysyłała listy do kobiet, o treści w skrócie  „mój bardzo młody przyjaciel chętnie spełni wszystkie Twoje marzenia".
 Wysłałam ten list do Was i okazało się, że kobieta, która zajmuje się stręczycielstwem w Sympatii nie została zablokowana a mnie zablokowaliście, bo moje zdjęcie przestało się po roku komuś podobać.
Zdjęcie tu nigdy nie będzie aktualne, bo musiałabym wstawiać codziennie nowe a i tak nie byłoby aktualne, bo byłoby sprzed godziny.
Kochanieńka, ja jestem po, … – o co chodzi o to ile zmarszczek mi przybyło?
Powiem Ci, co myślę.
Jak Ci się moje zdjęcie po roku nie podoba skasuj je całkiem jak Ci wolno.
Ja, zatem na swoim blogu szczegółowo napiszę o Sympatii – o tym jak traktuje starsze panie, które nie mają już za wielu przyjemności a Sympatia, która ma jak się okazuje bardzo górnolotną nazwę jest dla tych babć bardzo niesympatyczna. Pozdrawiam Panią, też kiedyś, będzie pani miała… jak pani dożyje i nie życzę pani takiego traktowania gdziekolwiek. Bajsza
PS. pod nazwą bajsza w Gogle znajdzie pani mój blog, gdzie wypowiem się na temat tej sytuacji i gdzie będzie pani mogła obejrzeć moje zdjęcie właśnie to, które mam w profilach fotograficznych, poetyckich i innych – nikt dotąd, co do niego nie zgłaszał zastrzeżeń.”
Spotykam się czasem z ludźmi nie tylko z Sympatii w realu.
Pytam czasami, czy na tym zdjęciu wyglądam inaczej niż w rzeczywistości.
Każdy mi mówi, że rozpoznałby mnie bez problemu.
Mam teraz troszkę ciemniejsze włosy, parę zmarszczek więcej, bo wiadomo czas leci.
Zdjęcie zrobione jest kamerką internetową jako jedno z wielu w czasie rozmowy na skype przez mojego kolegę.
Od razu przypomina mi się moja córka, która na komentarz koleżanki pod jej zdjęciem napisała w odpowiedzi „Widzisz co robi słaba rozdzielczość i dobry humor? ;)”
Niestety okazuje się, że w Sympatii, dobrego humoru nie mają.
Przyglądając się tym zdjęciom łatwo zauważyć, że na każdym zdjęciu wyglądam inaczej.
Taką mam twarz, że w zależności od oświetlenia i nastroju mogę wyglądać zupełnie inaczej.
Czy to jednak jest powód, żeby blokować mi konto?
Dzisiaj po tym "rwaniu" mam opuchniętą jeszcze połowę twarzy i pewnie nawet Ci co mnie już widzieli mogliby mnie nie rozpoznać na zdjęciu zrobionym dziś.
Nie muszę należeć do społeczności takiego, czy innego portalu.
Żyję życiem realnym, są inne portale, gdzie można poznać nowych czasami ciekawych ludzi np. Badoo.
Ja nie szukam przygód w powszechnie rozumianym sensie, ale czasami jak znudzi mi się gadanie do Szabaja – chętnie rozmawiam zarówno w Necie jak i w realu z ludźmi z sieci.
Nie muszą to być mężczyźni mogą być kobiety, jak mamy o czym rozmawiać.
Mam sympatyczne koleżanki z sieci, które przyjechały z USA, czy drugiego końca Polski, żeby mnie poznać i pobyć z sobą troszkę. Mam kilku kolegów, których poznałam w sieci, dlatego właśnie należę do takich portali jak Sympatia, ale skoro mnie tam nie chcą, to uważam, że to tylko ich strata.
* *
Na poprawę nastroju piosenka mojego serdecznego kolegi z Melbourne.
Okazuje się, że warto czasem coś w blogu opisać - konto odblokowano J
* *
Chcę Wam jeszcze coś pokazać - to jest film mojego ucznia, który dzisiaj jest zacnym bardzo pracownikiem UE i wiele podróżuje robiąc z tych podróży krótkie filmiki.
Kiedyś byłam na tak zwanej objazdówce i  namawiałam moje towarzystwo podróży, żebyśmy odwiedzili to miejsce, czytałam kiedyś o nim i uznałam, że warto je zobaczyć - niestety moi współtowarzysze woleli smażyć się na plaży.
Gdybyście kiedyś sami zwiedzali Turcję pamiętajcie, że jest takie miejsce Cappadocia
Idę  cebulki kwiatków wsadzić do ogródka - miłego dnia życzę wszystkim. 
Posadzone, troszkę chwastów wyrwałam przy okazji.
Tak myślę o tym zablokowaniu mi tego odblokowanego już konta. 
Odblokowali, ale "ani be ani me ani kukuryku". 
Jak się pomylili lub palnęli jakiegoś paprocha to wypadałoby chyba przeprosić, może nawet jakąś gratyfikację dać.
Mama moja jak kupiła kiedyś chleb z gwoździem i zęba złamała na nim - to nie tylko piekarnia zapłaciła za naprawę ale jeszcze do końca roku miała darmowy codziennie 1 dowolny chlebek i to było za komuny i piekarnia była państwowa a nie prywatna.
No nic - widać nie zależy im na renomie.

środa, 19 września 2012

Mam pietra - hi, hi już nie mam :D

BAJSZA

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
* * * *
Idę dzisiaj wyrwać zęba i mam pietra, już mnie bolą ze strachu wszystkie.
Boję się, dlatego, że jestem uczulona na leki i takie rzeczy jak rwanie zęba najbezpieczniej u mnie robić jest na tzw. „żywca”.
Nie wiem też, jakie interakcje mogłyby zajść między znieczuleniem a lekiem cukrzycowym.
Przygotowałam przepis na;
Barszcz z kurkami,
żeby odwrócić uwagę od strachu.
Zaczynam od ugotowania bulionu mięsno-warzywnego, na białej kiełbasce i kurkach.
Po ugotowaniu wywaru włoszczyzny z zielem angielskim, pieprzem i liściem laurowym, marchewką, selerem z nacią – wszystko wcześniej kroję na drobno.
Kurki najpierw myję i obgotowuję na małym ogniu w oddzielnym garnku 20 min /w małej ilości wody/.
Wodę po z wierzchu dolewam do rosołu/ na spodzie mogą być jeszcze jakieś igiełki albo resztki lasu J/.
Kurki szybko smażę na maśle z posiekaną cebulą – żeby się lekko zarumieniły, po czym wrzucam 1/3 razem z tym masłem do bulionu na koniec dodaję biały barszcz odrobinę majeranku i ziarnek smaku.
Ziemniaki kroję nie do końca, smaruję olejem bazyliowym z ziołami i piekę w piekarniku.
/to jest zmiana, bo w domu były ziemniaki gotowane/.
2/3 kurek zostawiam na patelni i dodaję do nich odrobinę papryki słodkiej pokrojonej w kosteczkę dla efektu wizualnego, jajko albo 2 zależy ile jest tych kurek – pieprzę do smaku.
Ziemniaczki z kurkami i jajecznicą podaję na talerzu posypane koperkiem, 
barszczyk w kubkach do popicia.
Zrobiłam te inne - ziemniaki pieczone w piecyku - wczoraj znalazłam w Necie i byłam pod wrażeniem. 
Są dobre, ale lepsza by była krucha odmiana ziemniaka
* *
Wróciłam już jestem po, nawet nie poczułam teraz tylko mam zimne kompresy nakładać. 
Pani doktor nawet antybiotyku mi nie zapisała, bo powiedziała, że nie było żadnej infekcji.
Ugotowałam barszcz i pachnie mi jak wariat, ale niestety nie mogę jeszcze jeść dopiero po 18 tej a może nawet na jutro to jedzenie przełożę, bo nie chcę sobie zaszkodzić.
Załatwiłam też wszystko w banku - czyli mimo siąpiącego deszczu fajnie wszystko się udało.
* *
Myślałam, że zasnę z kompresem zimnym na policzku.
Wyglądam jak baba jaga z chustą pod brodą i kokardką na głowie a Szabaj przychodzi i całuje mnie po swojemu, bo dla niego zawsze jestem piękna.
Z kuchni takie zapachy dochodzą, że mowy nie ma, żebym, choć troszkę nie zjadła, bo normalnie dostanę skrętu kiszek.
Wysłałam córeczce przepis na kiszenie barszczu, bo w Wenecji gdzie teraz mieszka podobno nie ma barszczu, a ona mówi, że woli przyjechać i zjeść w domu. 
Może barszczem ją zwabię.
Matko droga jak to wszystko cudnie pachnie.
* *
Zjadłam - ten zapach mnie psychicznie wykańczał. 
Jadłam tylko półgębkiem, później wypukałam usta, czego nigdy normalnie nie robię przez godzinkę, bo lubię ten smaczek czuć. 
Nie trzeba wtedy dużo jeść a smak daje poczucie sytości.
Teraz na randkę się nie nadaję, bo rozkroiłam ząbek czosnku i hi, hi ciućkam go jak landrynka.
To taki mój ekologiczny antybiotyk na wszelki wypadek.
A’ propos ekologii – to od Lusi, która skacze z kwiatka na kwiatek dowiedziałam się, że dzisiaj jest Dzień Fauny i Flory.
Uświadomiłam moje dziecko – no, bo ono zabiegane i pewnie nie wie.
Poprosiłam, żeby pogłaskała jakiegoś zwierzaka z tej okazji.
Ona na to, „ czy może być mucha albo komar?”.
Komara to pewnie zagłaska na śmierć.
Ja sobie wyobrażam ile tam w tej Wenecji jest komarów, tym bardziej, że ona mieszka przy kanałach i do domu pływa albo gondolą albo tramwajem wodnym.
Kiedyś to tam nawet zapach był straszny, ale teraz może jest lepiej.
Mówi tylko - Wenecja jest piękna.
Ech!!! Jak się nie ma Wenecji - to chociaż apetyt można mieć.
Mam apetyt na lody.

wtorek, 18 września 2012

Nasze pocieszajki

BAJSZA

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi
http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
* * * *
Wkurzyłam się dzisiaj totalnie a tak dobrze zapowiadał się dzień.
Byłam w banku, bo chciałam się nauczyć płacić przelewami. 
Mam te cholerne zdrapki z 5 lat a nie umiem się nimi posługiwać.
Pani coś tam uaktywniła i powiedziała, że ktoś do mnie zadzwoni, żeby sprawdzić czy ja to ja?
Już mi to podpadało, bo mnie widzi i dowód jej pokazałam, więc jak przez telefon może lepiej mnie sprawdzić. 
Trudno skoro takie procedury - pomyślałam.
Najpierw zadzwoniła jedna cipka i mówi mi, że mam się zalogować na stronę – to się zalogowałam a później kazała mi jakiś pin skasować, bo trzeba nowy wygenerować. 
Jak skasowałam to ta się wyłączyła.
Później druga dzwoni i każe mi podawać swój adres i mój nip -  kurna one chyba na łeb upadły.
Opierniczyłam powiedziałam, że nic nie podam i jutro idę do banku – skasowały mi pin i teraz nie mam.
Cholera wyciągnęłam loda z lodówki wyszłam do ogrodu, żeby ochłonąć - no i masz babo.
Szabaj siada naprzeciw z miną zbitego psa.
Już nie zjem tego loda on musi najpierw dostać.
Sami widzicie.

Byłam u lekarza z kurtuazyjną wizytą, całował mnie jak bum, bum/bez języczka, /ale niewiele brakowało.
Powiedział, że jestem najzdrowszą jego pacjentką.
Poszłam tylko, dlatego, że muszę wyrwać zęba a dentysta jest drzwi w drzwi - doszłam do wniosku, że zrobię to prywatnie, bo inaczej musiałabym czekać jeszcze z miesiąc.
Jutro idę wyrwać – trochę mam pietra. 
To ósemka powinnam ją już dawno wyrwać.
Przed tym opieprzę babkę w banku.
Szabaj zjadł mojego loda a ja sobie zrobiłam fajniejszego z owocami.

Oczywiście cukier mi skoczył na 220/wzięłam troszkę wcześniej tabletkę/, – ale co tam musiałam sobie nerwy ukoić.
Oboje z Szabajem mamy fisia na punkcie lodów, - ale nie tylko.
Pan doktor tak mi dobrze robił w czasie wizyty, że mu statystykę podniosłam stawiając bardzo dobrą ocenę na stronie internetowej.
Żeby nie te baby jagi z banku miałabym boski humor a tak nerwy mam i tyle.
Czwarty raz dzwoniły o 21. 30 obłęd.
Kupiłam w Biedronce parę cebulek kwiatków jakich jeszcze nie miałam.
Krokusy miałam ale po zeszłej zimie część zniknęła.
Tu na zdjęciu są wszystkie.
Mam znowu co sadzić - takie papuzie tulipany kupiłam już późną wiosną za 9.50 - 3 cebulki i były w takim stanie, że jak rozpakowałam paczkę wiedziałam, że nic z nich nie będzie. Powinnam oddać ale brak mi asertywności. 
Teraz za 6 cebulek zapłaciłam 3.89 i cebulki są zdrowe i piękne powinny dać cudny kwiat.
Już się nie mogę doczekać - ale jutro nie wiem czy będę w stanie po tym rwaniu cokolwiek robić.
Kupiłam też kurki i jutro będzie barszcz z kureczkami w jajku i ziemniaczkami.
Jedzonko z mojego, jeśli to tak można nazwać rodzinnego domu.

niedziela, 16 września 2012

Nowe uszczęśliwiacze

BAJSZA

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi

http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami
„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”
* * * *
Sadziłam dzisiaj nowe kwiatki.
Troszkę cebulkowych, ale także troszkę wcześniej wysianych bylin.
Nawet ex pytał co sadzi się o tej porze?
Przychodzi po jabłka, nie wiem, czemu nie chce nic innego a było tyle pomidorów, mówiłam mu, że może sobie brać ile chce, ale tylko raz jak mu zaniosłam przyjął.
Jego strata są nie tylko pyszne, ale i zdrowiutkie, bez żadnej chemii.
Nowe kwiatki pomogą mi znieść zimę – myśl o tym jak zakwitną pozwoli przetrwać mrozy.
Teraz wypada jakiś obiadek upichcić.

czwartek, 13 września 2012

Niebieskich migdałów smutne milczenie.

BAJSZA

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi

http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami

„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”

* * * *
„Niebieskie Migdały” 
 Marii Jasnorzewskiej Pawlikowskiej przypomniały mi pewien obyczaj, który poznałam w Grecji.
Zwyczaj obdarowywania migdałami gości biorących udział w uroczystości zaślubin jako podziękowanie za uczestniczenie.
Byliśmy w lekkim szoku, bo zwyczaje tam są zupełnie inne niż u nas.
Ślub był cywilny, przed gmachem 
Urzędu Stanu Cywilnego.
Jedynym zwyczajem było obdarowywanie gości tymi migdałami.
Biegała między gośćmi siostra młodego z koszem pełnym tych migdałów.
Wręczała je dopiero po złożeniu życzeń młodym.
Zwyczaj wywodzi się ze starożytnej Grecji.
Według jednej ze starych legend greckich, księżniczka Phyllis zmieniła się w migdałowe drzewo z tęsknoty za ukochanym Demophonem.
Demophon poznał córkę trackiego króla, gdy zatrzymał się w Tracji jadąc na Wojnę Trojańską.
Księżniczka Phyllis zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia i Demophon ożenił się z nią.
Na następny dzień po ślubie, musiał jednak opuścić świeżo poślubioną żonę, ale obiecał wrócić i mieszkać z Phyllis po wojnie.
Dała mu ona kasetkę i powiedziała żeby jej nie, otwierał, chyba, że straci nadzieję powrotu do Tracji.
Demophon ostatecznie po Wojnie Trojańskiej osiadł na Cyprze i zapomniał o Phyllis.
Ona zrozpaczona codziennie przychodziła na brzeg morza, spodziewając się zobaczyć żagle statku męża, ale na próżno.
Gdy czas powrotu dawno minął Phyllis umarła z żalu i tęsknoty.
Pewnego dnia Demophon otworzył szkatułkę z ciekawości, to, co zobaczył, było tak przerażające, że skoczył na konia i pojechał jak dziki, póki nie spadł z konia, nadziewając się na swój własny miecz i zmarł.
Inne jednak opowieści mówiły, że przyjechał do Tracji, ale Phyllis już w tym momencie nie żyła.
Gdy obejmował drzewo migdałowe, w które miała się zamienić Phyllis po śmierci, drzewo zaczęło kwitnąć.
Moim zdaniem niezbyt fortunnie przyjęto zwyczaj obdarowywania gości migdałami, – bo legenda o Phyllis jest bardzo nieszczęśliwa w swej treści.
Historia Demophona jest niestety jeszcze gorsza.
Grecki obyczaj przyjął się jednak teraz też w Polsce – sądzę, że nie wielu zna rodowód tego zwyczaju.
Ponoć pięć czekoladowych migdałków/w Grecji one oblane są białym lukrem/ - to pięć radosnych życzeń:
szczęścia, zdrowia, pomyślności, długiego życia
i miłości!
Mojej córce – te migdały przyniosły szczęście w miłości, ale krótkotrwałe.
Dziś już ma drugiego męża, którego zupełnie nie znam i chyba nigdy nie poznam.
* * * *
Ja zaś swoje migdały z tamtego ślubu mam nienaruszone do dzisiaj, mimo, że 4 dni temu minęło już 13 lat - poryczałam się, gdy oglądałam film z tamtej uroczystości.
Jest mi bardzo smutno, bo tamci wszyscy ludzie byli tacy super w porządku i chciałabym bardzo ich wszystkich przytulić do serca. 
Tym bardziej teraz,/gdy nie jest im lekko/ - a nie mogę. 
* *
To straszne, że nie możemy nic poradzić na to, co dzieje się wokół nas.
Życie nie pyta nas o nasze zdanie. 
Moje ślubne greckie migdały zapewne, będą wróżyły tę wątpliwą miłość, jeszcze wtedy, gdy mnie już nie będzie - niech sobie leżą - za 100 lat - ktoś się zastanowi co to takiego?

środa, 12 września 2012

Niech on we mnie wnika jak skrzypcowa muzyka

BAJSZA

Wszelkie podobieństwa do osób, zdarzeń i miejsc, które mogą zaistnieć są zupełnie przypadkowe!!! Hi, hi

http://bajszafotokul.blog.onet.pl/  mój blog ze zdjęciami

„Balansować na linie wysoko ponad spojrzeniem Twych oczu”

* *
 Wczoraj napisałam;
„Tyle lat trzeba było mieć motywację do życia”.
Dzisiaj, gdy oglądam te wszystkie z całego świata blogi z różnymi cudownymi potrawami – myślę sobie, – jaka motywacja do życia?
Starczy tylko pichcić te wszystkie potrawy, kosztować je – delektować się ich smakiem – to jest takie urocze - reszta istnieć nie musi – no może jeszcze kawałek ciepłego futerka z mokrym noskiem, ktoś, kto czasami nas posłucha i aparat fotograficzny.
Priorytety zmieniają się bardzo często wraz z wiekiem.
No to trzeba będzie dzisiaj coś o grzybach napisać ;)
Borowiki w śmietanie - przepis jest na dole
* *
Muszę tu jednak napisać, że poczyniłam pewne zmiany w moim leczeniu cukrzycy – teraz biorę jedną tabletkę maleńką Glibetic 4mg/to bez zmian przy śniadaniu/ i po pół Sioforu 1000 do obiadu i kolacji zamiast całej i cukier mam lepiej wyregulowany niż wcześniej.
Zmieniłam to sama – jednak skonsultowałam to z lekarką – gdyż mój organizm zaczął się chyba buntować.
Bardzo źle się czułam przez kilka dni.
Ja mam od dawna coś takiego, że jak mój organizm przestaje tolerować jakiś lek wpadam w stany alergiczne o silnym odczynie żołądkowym.
Kocham dobre jedzenie i gdy nie mogę jeść znaczy to, że coś mi szkodzi.
Wczoraj nawet wypiłam lampkę wina – pierwszą od Sylwestra i mimo, że zaszumiało mi w głowie czułam się już lepiej.
* * * *
Co do przypomnienia podwieczorków wszystkim uprawiającym rat race pozwolę sobie powiedzieć.
Istnieją inne wartości niż pieniądz i kariera, żeby to zrozumieć trzeba jednak pożyć troszkę.
O podwieczorkach a właściwie o zaprzestaniu ich spożywania pisała już Maria Iwaszkiewiczowa w książce
„Z moim ojcem o jedzeniu”
 i chodziło tu głównie o atmosferę, jaka w czasie tego posiłku panowała w rodzinie i gronie najbliższych przyjaciół.
Książkę tę kupiłam chyba w 1980 roku/stara wersja była skromniejsza graficznie/.
Wtedy jeszcze nie było Internetu a ja nie bardzo umiałam gotować i na gwałt chciałam się nauczyć.
Kolekcjonowałam wtedy książki nie tylko kucharskie, ale tych kucharskich uzbierałam z ok. 60.
Ta książka była dla mnie szczególnie cenna, bo pokazywała życie polskiej bohemy artystycznej w rodzinnych pieleszach.
Już wcześniej miałam świadomość tego, że tliła się we mnie artystyczna dusza.
Jak prawdziwa artystka malowałam ogromny/120 na 180 cm/obraz olejny kubańskiej dziewczyny a’ la Panny z Avignon Pablo Picasso, na który farby kupowała mi ciocia, bo nie było stać mnie wtedy na nic więcej niż tusz do rzęs.
Paliłam za to fajkę z amforą, która mnie oszałamiała dostatecznie mocno, żeby moje wizje były wystarczająco Picassowskie.
Niestety o życiu rodzinnym miałam takie pojęcie jak o gruntowaniu płótna malarskiego.
Obraz na zamówienie do ciocinego salonu wyszedł super, niestety jego trwałość była kiepska, z powodu moich braków edukacyjnych w dziedzinie techniki gruntowania.
Książki takie jak Marii Iwaszkiewiczowej, czy sióstr Marii Kossak/Pawlikowskiej Jasnorzewskiej/ i Magdaleny Kossak/pseudonim Samozwaniec – córek Wojciecha Kossaka/pozwalały mi na chwilę znaleźć się w rodzinie, której sama nigdy nie miałam a którą usiłowałam sklecić na podstawie wyobrażeń jak zamek na lodzie.
* * * *
„…..Pamiętam jak latem smażyła konfitury/mowa o babci Marii Iwaszkiewiczowej – Marii z Piątkowskich Iwaszkiewiczowej/, które przez całą zimę umilały nasze podwieczorki. Bo wtedy w najskromniejszych domach jadało się jeszcze podwieczorki.”
Niestety za moich czasów, już podwieczorków nie jadałam od momentu, gdy opuściłam babcię i przedszkole.
* * * *
Bardzo lubię książki nie tylko stricte kucharskie, ale i luźne gawędy o jedzeniu, tradycjach kulinarnych i o tym „jak to drzewiej bywało”.
 Jeśli fabuła jest jeszcze okraszona nostalgiczną atmosferą dziewiętnastowiecznych dworków, albo przedwojennych kawiarni, mogę ucztować z taką lekturą całymi godzinami - czasami zapominając nawet o jedzeniu.
Taką właśnie książką są wspomnienia Marii Iwaszkiewicz, która snuje opowieści o kuchni dzieciństwa, o osobach przewijających się przez ich dom.
Tych, które zapisały się w taki, bądź inny sposób w kulinarnych wspomnieniach rodziny – a w Stawisku nawet codzienne posiłki były należycie celebrowane.
Książka jest rodzajem pamiętnika okraszonego przepisami na dania z dzieciństwa i młodości.
Nie mogło oczywiście zabraknąć wspomnień o ojcu, jego przyzwyczajeniach i ulubionych smakach.
To właśnie Iwaszkiewicz jest autorem dumnie brzmiącej "kury po literacku".
Z niej dowiadujemy się, że niezrównany autor "Panien z Wilka" był też wykwintnym smakoszem, wielbicielem smaków.
Według słów jego córki nieprzypadkowo opisywał posiłki swoich bohaterów.
Z kolei inna książka tej samej autorki "Gawędy o jedzeniu" to poradnik dla kobiet gotujących.
Mimo że pisany w kilkadziesiąt lat temu, nadal zaskakuje i inspiruje.
Jeden niekoniecznie podwieczorkowy przepis z książki „Z moim ojcem o jedzeniu” M. Iwaszkiewicz
Staroruski pieróg z kaszą krakowską i kurą.
Ciasto: kruche składane lub z rumem.
Ciasto składane:
3 szklanki mąki,
200g masła,
pół szklanki wody zimnej,
szczypta soli
Zarobić szybko na ścisłe ciasto, rozwałkować i składać na 4, znów rozwałkować i znów złożyć na 4. Powtarzać 3 razy.
Ciasto kruche z rumem;
3 szklanki mąki,
250 g masła,
2 żółtka,
1 całe jajko,
50 g rumu,
szczypta soli.
Masło utrzeć do białości i dodać jaja mąkę i rum.
Zagnieść i włożyć na godzinę do lodówki.
Po wyjęciu rozwałkować i formować pierogi nadziewając farszem.
Farsz; ilości wody z włoszczyzną.
Po ugotowaniu wyjąć oddzielić mięso od kości i pokroić drobno.
Kaszę w ilości 1 i ¼ szklanki rozetrzeć z jajkiem surowym, wysuszyć w piecyku i przetrzeć przez sito.
Zagotować 1 i ½ szklanki wody z masłem, wsypać od razu kaszę i mieszać, aby nie powstały krupy. Wstawić na pół godziny do ciepłego pieca.
Ugotować 5 jaj na twardo, posiekać drobno i wymieszać z posiekanym koperkiem, ostudzoną kaszą i solą.
Na blasze położyć placek z ciasta, na nim połowę kaszy, na niej kawałki kury i polać rosołem nie za obficie.
Przykryć ciastem, szczelnie zalepić, posmarować rozbitym jajkiem i wstawić do pieca. Podawać ciepłe ze stopionym masłem.”
* *
Teraz zastanowiłam się, jakie potrawy najbardziej lubiłam w dzieciństwie.
1 – to przylepka chleba ze smalcem/ten zapach będę pamiętała do końca życia/ – przynoszona mi do zupy przez przedszkolną kucharkę p. Marię Ciszewską – to była wyjątkowa kobieta – opiekowała się mną jak własną wnuczką a ja kochałam ją jak babcię.
2 - przysmak wymyśliłam sama; to była zwykła bułka wydrążona w środku a w miejsce miąższu włożony był wafel amatorski, – czyli taki mniejszy Grzesiek – smakowało to wybornie i uwielbiałam tak jeść, mimo, że wtedy należałam do największych niejadków w całej okolicy.
3 – potrawa to żurek z kurkami ziemniaczki oddzielnie z cebulką kurkami w jajecznicy – to było danie, które serwowała ciotka Adelcia, mama Danusi – mojej kuzynki.
* * * *
Teraz właśnie przypomniała mi się potrawa, za którą będąc dzieckiem dałabym się pokroić.
Zdecydowanie najbardziej na świecie kluski z truskawkami i młoda kapusta – kluseczki polane stopionym masłem z tartą bułeczką.
 4 – dzisiaj najbardziej lubię kluski śląskie z mięskiem cielęcym lub wołowym uprażonym w sosie własnym i kiszoną gotowaną kapustkę z pieczarkami.
Jest jednak w tej potrawie taki ciężar, – że oczy zjadłyby więcej a żołądek wysiada po 4 kluskach.
Ciekawe, jakie potrawy Ty lubisz najbardziej.
Wiem, że młodzi wolą sex od jedzenia ja też tak kiedyś miałam.
* * * *
Wielu ludzi traktuje jedzenie jak przykrą powinność konieczną ze względów fizjologicznych.
Ja uważam, że umiejętność TWORZENIA potraw jest sztuką, nie mniej wartościową jak poezja, literatura, rzeźba czy malarstwo.
W książce Majki Berezowskiej, Stefanii i Tadeusza Przypkowskich i Magdaleny Samozwaniec, /czyli córki Wojciecha Kossaka/ – „Łyżka za cholewą a widelec na stole”
– pierwsze zdanie brzmi;
„Pierwszą sztuką świata była sztuka mięsa! /i dalej, /Bo przecież nie był sztuką świeży, jeszcze krwawiący, (chociaż niektóre kuchnie dotychczas przy nim pozostały) kawał mięsa, czy to surowy, czy choćby nad ogniskiem przypalony. Ale już sztuką było przyprawienie wody solą i ziołami by tenże kawał mięsa odpowiednio przysmaczony, na sztukę mięsa zamienić”.
* * * *
Żeby tworzyć kulinarne arcydzieła trzeba mieć talent oparty o wiele zmysłów.
Musisz mieć wyobraźnię smakową, fantastyczne powonienie, by odróżniać niuanse zapachowe, świetnie rozwinięte kubki smakowe, wrażliwy na subtelności wzrok i nawet niebanalny słuch, bo każda potrawa ma swój rytm tworzenia i nie przestrzeganie go zawsze kończy się kulinarną katastrofą – potrawy smażąc się np. w tłuszczu szepczą po swojemu – nie wiem czy kiedyś to słyszałeś?
Po tym jak szepczą można się zorientować czy już doszły czy jeszcze nie – zupełnie jak w sexie.
Mając rozwinięte te zmysły smakosz wie, jakie przyprawy stosować, żeby nadać daniom odpowiednią nutę a improwizacja dla takiego mistrza kuchni jest niczym pisanie partytury, czy rysowanie szkicu portretu i niesie ogromną przyjemność, gdy dzieło jest już ukończone.
Z książki „Łyżka za cholewą a widelec przy stole podam przepis prosty i zapomniany przez młode pokolenie a warty przypomnienia.
„Borowiki w śmietanie
Kapelusze borowików dobrze wymyte pokrajać w cienkie paski, włożyć w rondelek, przekładając masłem (bez wody), przykryć i 10 min podgrzewać. Sok, który puszczą, odparować na wielkim ogniu. Po odparowaniu dodać masła, soli, trochę pieprzu i dużo kwaśnej śmietany z troszką mąki. Przez minutę ostro zagotować, jeszcze dopieprzyć i posypawszy parmezanem (czy w ogóle tartym twardym serem) zapiec w kamionkowych zapiekankach”.
„Niebieskie migdały” – tomik liryczny Marii Jasnorzewskiej Pawlikowskiej – czy nie trzeba mieć polotu i sporo szaleństwa, by tak nazwać swój tomik liryk
* * * *
Zanurzcie mnie w Niego

Zanurzcie mnie w Niego
jakby różę w dzbanek
po oczy,
po czoło,
po snop włosa jasnego -
niech mnie opłynie wokoło
niech przeze mnie toczy
jak woda całująca
Oceanu Wielkiego.
Niech zginie noc, poranek,
blask księżyca czy słońca,
lecz niech on we mnie wnika
jak skrzypcowa muzyka -
gdy mi do serca dotrze,
będę tym, co najsłodsze,
Nim. -
Właśnie, te niebieskie migdały przypomniały mi pewien obyczaj, ale o nim opowiem następnym razem.

Archiwum bloga